Liczniki
piątek, 27 lutego 2009
Kasa i baba

 Muszę coś Wam opowiedzieć. To taka historia rodem z kina, która zdarzyła się w realnym życiu i szlag mnie trafia, że musiało sie to przytrafić akurat mojemu dobremu kumplowi.

    On: wykształcony, zadbany mężczyzna po 40. uprawiający kilka sportów, z kilkoma zerami na koncie poprzedzonymi odpowiednimi cyferkami. Człowiek mądry, z bogatą przeszłością zawodową i jeszcze ciekawszą przyszłością. Zna biegle kilka języków a kobiety biegają za nim jakby był nagrodą w najważniejszym konkursie na świecie, opędzić się od nich nie może. Kiedyś, dawno temu, był żonaty, dostał porządnie w kość, choc przyznaje, ze z własnej winy wszystko się potoczyło tak a nie inaczej, wówczas był bardzo młody i sam nie wiedział czego chciał. W trakcie rozwodu przeprowadził się do Australii. Tam rozwijał się zawodowo aż dostał wspaniałą propozycję pracy w Europie. Przyjechał i zajął się karierą, kobiety odrzucił na długi czas. 

    Nagle pojawiła się blondynka lat 32, wysoka, wysportowana pani psycholog. Mężatka niespełniona w związku. Układ jest co najmniej dziwny: mąż jest impotentem, zatem seksu nie ma, ale ma karty kredytowe, którymi opłaca wszystkie zachcianki żony i utrzymuje jej chorą ciotkę w Polsce. Mieszkają w Paryżu, dzieci nie mają. Za jego pieniądze zwiedza sobie świat i kupuje buty za 1300 euro para. Poznała mojego kolegę przez internet. Po 3 tygodniach rozmów przez sieć postanowili się spotkać. Spędzili ze sobą dwa dni niewiele rozmawiając za to intensywnie gimnastykowali się w łóżku. Ona stwierdziła, że go kocha i chce mieć z nim dziecko teraz, zaraz, natychmiast.

    Minęły 3 miesiace. Ich spotkania są namiętne, gorące, ale pozbawione rozmów o jej mężu, przyszłości itp. Kolega wreszcie o lampkę wina wypił za dużo i kazał jej się określić czego ona właściwie chce, jakie ma wymagania i przedstawił swoje własne. Ona skwitowała to prosto: męża nie zostawi, bo zostanie bez mieszkania i bez absolutnie żadnych środków do życia, ale chce być z moim znajomym, ponieważ go kocha i chce mieć z nim dziecko, które wychowa sama. Nie interesuje jej reakcja męża na dziecko, a biorąc pod uwagę fakt, że nie kochali sie od roku to pewnie sie domyśli, że to nie jego...  

    I tak oboje się męczą. On już się domyśla, że ona go zostawi, bo chce rodziny i nie zamierza być ogierem rozpłodowym. Ona ciągle mówi o miłości. Maż albo nic nie wie, albo udaje, że nie wie. Spotykają się ukradkiem w całej Europie i czekają aż sama się sprawa rowiąże. Bez sensu. Zupełnie nie widzę w tym żadnego sensu. Najmniejszego. Panienka wykorzystuje obu mężów i udaje, ze nie wie co robi. Szkoda mi tylko ewentualnego dziecka, które nie bedzie miało normalnej rodziny, bo mamusia mu tego świadomie nie chce zapewnić. Szkoda mi też kumpla, że na starość okazał się naiwny jak dzieciak. Niby dociera do niego jak bardzo chora jest ta sytuacja a jednak nadal w niej tkwi. Dlaczego? Dla seksu? Przecież taki gośc jak on może miec baby codziennie jakie tylko chce. One same mu się pakują do łóżka i obrażają się, że kończy się na drinku tylko. A one liczyły na coś znacznie więcej.

    Ehhhh głupi świat, głupie baby. Zdenerwowałam się. Dla mnie to po prostu jest chore.

środa, 25 lutego 2009
Aukcyjnie

Postanowiłam sprzedać tunikę. Tak, tę ciążową. Wystawiłam ją na Allegro. Łącznie kupiłam ją za 12,50Ł (7,50 plus przesyłka). Pomyślałam, że właściwą ceną wywoławczą będzie 5 zł. A co tam. Te 5 plus 8,50 za przesyłkę daje 13,50 czyli 2,30 Ł a w rzeczywistości za przesyłkę zapłacę jakieś 5Ł. Interes po byku. Mam tylko nadzieję, że komuś sie ona przysłuży. Mnie jednak te rozkloszowanie na biodrach nie pasuje, za niska do niej jestem. Taki offtopic :) Link:http://www.allegro.pl/item566690407_tunika_damska_nowa.html

 

niedziela, 22 lutego 2009
Mikołaj czy zajaczki?

    Gdzieś tam w połowie stycznia w Lidlu w poświątecznej wyprzedaży skusiliśmy się z miłym na ogromnego (600g) czekoladowego mikołaja za jakieś grosze. Mikołaj wyglądał tak:

mikołaj

 

    Po opuszczeniu opakowania Mikołaj wyglądał tak:

mikołaj2

 

    Mam dziwną manię czytania etykietek, no wiecie - data ważności, skład itp... Zobaczcie co naprawdę znajdowało się w opakowaniu. Podpowiem - to nie Mikołaj.

 zajaczki

 

    Dla tych, którzy nie są pewni co tam pisze (zdjecie marne, wiem): zajączki z czekolady pełnomlecznej udekorowane czekoladą ciemną i białą. Zatem powyższe zdjęcia to nie mikołaje ale zajaczki. Powiedzcie swoim dzieciom jak wygląda zajaczek :D

sobota, 21 lutego 2009
c.d.

    W odpowiedzi na wczorajsze komentarze dodam dla kontrastu, ze najlepszy na świecie specjalista od wad serca płodów jest Brytyjczykiem i operuje pod Londynem (operacji dokonuje się jeszcze w łonie matki). Podobnie z innym specjalistą zajmującym się wypychaniem jelit z klatki piersiowej, zeby płuca mogły się rozwinąć (też Brytyjczyk i też pod Londynem). Co mnie zastanawia: fajnie, że są tacy ludzie, ze umieją zrobić to co robią, tylko kto do jasnej cholery potrafi wykryć jakąś wadę? Bo moja położna (teraz była inna niż ostatnio) nie wykryje nic sprawdzając mi ciśnienie krwi... Czuję się jakbym robiła eksperyment na własnym dziecku, uda się albo nie uda... A prywatna klinika kosztuje tyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyleeeeeeee pieniążków i nie wiem czy różni sie czymś od NHSu (taki nasz NFZ).

Za komentarze oczywiscie bardzo dziękuję ;-) Zawsze lubiłam Meryl Streep :)

piątek, 20 lutego 2009
Pani położna i "The Devil wears Prada"

    Zaliczyłam kolejną wizytę u położnej. Przesymptyczna kobieta zmierzyła mi ciśnienie, zmierzyła odległość od pępka do kości łonowej i posłuchała pracy serca dziecka. Stwierdziła, że to 17ty tydzień ciąży, podczas kiedy lekarz w Polsce uznał za 19sty. To chyba dosyć zasadnicza różnica, prawda? W każdym razie każdy upiera się przy swoim. Opowiedziałam jak to miałam problem z krwawieniem, że wylądowałam w szpitalu a na końcu w Polsce, bo tu nikt nie potrafił mi pomóc. Pani cierpliwie słuchała. Powiedziałam, że było brzydkie zapalenie, że dostałam globulki, wyrecytowałam jej skład po łacinie. A położna na to: ale już to pani wyleczyła? Tak, wyleczyłam. A, to dobrze. ...... yyyyyyy..... rozumiecie? zero reakcji, nic, kompletnie, zupełnie, absolutnie NIC!!!!! Zapytałam też co mam robic w związku z coraz częstszymi i silniejszymi atakami astmy, mój miły martwi się, że mogę zaszkodzić tym dziecku itd, pani położna na to: proszę zapytać swojego GP.  Potem pani opowiadała jak to marzy jej się urlop w Polsce, bo podobno to taki śliczny kraj...

   Szkoda mi słów i nerwów na komentowanie  tej wizyty i zainteresowania przebiegiem ciązy. Moja ciocia, która jest położną właśnie, powiedziała, ze Anglicy uznają ciążę za ciążę dopiero od szóstego miesiąca!!! Czemu? Bo przecież do tego czasu tyle może się wydarzyć... W efekcie koleżanka z Polski przyśle mi gynalgin na wszelki wypadek...

 

    Z rzeczy pozytywnych: kupiłam i obejrzałam razem z miłym film "The Devil wears Prada". Oczywiście zakup filmu został mocno oprotestowany przez męską część widowni :) Ale na szczęście to nie jest film o panienkach biegających za torebkami czy butami wartymi tysiące dolarów, funtów, euro itp. To film o tym jaką należy być szefową. Przy okazji Meryl Streep jest absolutnie wspaniała! Zresztą w ogóle i w szczególe ją uwielbiam, prawdziwa dama ekranu :) Polecam.

niedziela, 15 lutego 2009
Bilard w Walentynki i nareszcie kawa z pomidorem ;-)

    Wczorajszy dzień był uroczy. Spaliśmy z miłym dłuuuuuuuuggggggooooo, potem jeszcze poprzytulaliśmy się zanim grzejnik nie ogrzał porządnie mieszkanka, potem śniadanko i..... konsternacja co dalej. Była godzina 13a i nie mieliśmy pomysłu na wypełnienie dnia. Zaczęliśmy dzwonić po znajomych z zapytaniem czy obchodzą Walentynki czy też nie, bo coś chcielibyśmy porobić, ale też nie mamy zamiaru nikomu przeszkadzać. Okazało sie, że pewna kochana młoda dama znów zostaje na cały tydzień sama, gdyż jej druga połowa poprzedniego wieczoru wyjechała do pracy z zamiarem powrotu za około 8 dni. Postanowiłam pojechać po młodą damę. Rozegraliśmy partyjkę Monopolu, którą przegrałąm z kretesem, jednak żaden biznes mi nie wychodzi ani karciany, ani planszowy, ani realny... Wieczorkiem było kilka partyjek bilarda przy Metallice :) Jednym słowem dzień i wieczór uważam za udany ;-)

 

    Z innych wiadomości: kulinarne szaleństwo wreszcie się zakończyło!!! Od dwóch tygodni nie rozmawiam z sedesem face to face!!! Hurraaaa!!! Wypiłam kubek kawy i zjadłam pomidora i żyję!!!!! Co prawda pieczenie miesa jeszcze mi śmierdzi a czarnej herbaty nie próbowałam, ale ta radość, że można jeść jest tak cudowna, że ahhhhh :) 

środa, 11 lutego 2009
Walę tynki i już!

Przeszłam się po osiedlowym "mini centrum handlowym" (tak to nazwijmy) i byłam też w dużym supermarkecie. Wszędzie roi się od serduszek, różowych wstążeczek i innych takich tam mających skłonić ludzi do obchodzenia Walentynek. Na stoisku z cd cały regał pełen "love songs" oraz "romantic music". Bukiety kwiatów można kupić opakowane w różowy papier, w doniczki mają powtykane serduszka, drewniane całujące się pary też możemy znaleźć między gałązkami. Na poczcie pełno kartek z napisami w stylu: be my lover, mate. Oczywiście do tego są wszelkie wizytóweczki i papiery do pakowania prezentów wiadomo w jakich kolorach. Aż mdli...

Z psychologicznego punktu widzenia te... hmmm, nie chcę napisać "święto", bo nim nie jest, powiem zatem - Ten Dzień - ma i swoją dobrą i złą stronę. W wypadku ludzi bardzo zamkniętych w sobie, introwertyków, nieśmiałych Ten Dzień może być świetną szansą na wyjście ze swojego zamknięcia. Jeśli bowiem taka osoba wyśle kartkę walentynkową bliskiej sobie osobie, która nie jest świadoma zainteresowania ze strony wysyłającego i zareaguje na to pozytywnie, to z pewnością wysyłającemu wzrośnie samoocena i pewność siebie. To ta dobra strona.

Ta zła strona to statystyka. W zasadzie nie ona sama a to, co przedstawia. Otóż badania pokazują, że najwięcej samobójstw zdarza się w okresie świat Bożego Narodzenia oraz... w Walentynki. Obydwa okresy są silnie nacechowane emocjonalnie, kładą nacisk na miłość jako najwyższą wartość. Dla osób samotnych zawsze są to dni bardzo przykre i trudne. O ile Boże Narodzenie ma niewątpliwie wymiar religijny, dzięki któremu samotność w tym czasie łatwiej jest znieść, o tyle Walentynki są go całkowicie pozbawione. Kolejna różnica polega na rozumieniu pojęcia samotności. Boże Narodzenie jest zdecydowanie świętem rodzinnym, jego świetowanie następuje we wspólnocie niezależnie od stopnia spokrewnienia swoich członków. Tymczasem Walentynki "świętuje się" z tą jedyną, najbliższą osobą, z partnerem. Mowa tu o innym wymiarze miłości - intymnym. To powoduje, że zarówno nastolatki, które tak bardzo szukają w okresie dojrzewania właśnie miłości intymnej, wyjątkowo silnej emocjonalnie, jak i ludzie pozostający w długim czasie bez związku tak bardzo przeżywają Ten Dzień. Kiedy wokół wszyscy wszędzie mówią "kocham", całują i przytulają, oni tym bardziej czują się samotni i odtrąceni. W Wigilię można pójść do rodziców, rodzeństwa, znajomych, ale nie w Walentynki.

Dlatego uważam Ten Dzień za Dzień Czarnego Humoru. Spójrzcie na kroniki policyjne 14ego lutego. Sami sobie, jako globalne społeczeństwo, przygotowaliśmy taką psychiczną torturę. Oczywiscie zawsze można powiedzieć, że przecież można nie uznawać i nie obchodzić tego "świeta". Racja, ale spójrzcie do gazet, porozmawiajcie ze znajomymi w różnym wieku a zobaczycie, ze nawet ci najbardziej przeciwni przyznają, że miło jest dostać karteczkę Tego Dnia. Komercja to osobna sprawa.

 

 

Zapomniałam napisać: tunika przyszła dnia następnego! Byłam w szoku. Jednak special delivery działa, w końcu to Royal Mail a nie Poczta Polska ;-) Ale do rzeczy. Tunika kupiona według rozmiarówki (patrzyłam na cale, cm itp) okazała się... za duża. Byłam przekonana, ze będę ją wysyłać do koleżanki w Polsce, ale nie. Jest idealna w biuście! To najwiekszy sukces, tak nawiasem. Troszkę za długa, ale mam masę miejsca na brzuszek, który rośnie i rośnie. Materiał jest gruby, na podszewce i bardzo ciepły. Wyglądam troszke jak beczka, w dodatku jestem mała, ale za to jak mi wygodnie:) Minus i to poważny : kusi mnie do następnych zakupów przez sieć. Będę się bić po łapkach :) Po ciąży komuś ją sprezentuję, jak sie chętny znajdzie. -----> to była reklama ;-)

czwartek, 05 lutego 2009
Zakup numer jeden

Upadłam na głowę. Ja - baba nie znosząca zakupów, omijająca różowe lale przeogromnym łukiem, nie znosząca mody, fashion itp. - właśnie pierwszy raz w życiu kupiłam ciuch w necie. W zasadzie to nie bardzo mam wyjście, bo po sklepach mi się biegać nie chce i nie lubię, szafa jest zaopatrzona w rozmiary przed-ciążowe a linka dostałam od znajomej. Popatrzcie co właśnie zamówiłam:

 

tunika

 

Przyznaję, że bardziej niż sama tunika skusiła mnie cena - 7,50 :) oraz fakt zabudowania w biuście, bowiem kupowanie wydekoltowanych ciuszków przez sieć przy moim rozmiarze mogłoby sie okazać tragiczne ;-) Umówiłam się przy tym z koleżanką, że w razie czego tunikę otrzyma ona. Jak znam życie i swoje zakupy to znów wzbogacę szafę nie swoją. I dobrze, niech innym też się buźka cieszy. To spróbuję jeszcze wstawić linka to sklepu (są ciuchy poniżej 10Ł):

[opcja wstaw/edytuj link nieaktywna]    www.boohoo.com   

środa, 04 lutego 2009
Film

[url]http://www.clipser.com/watch_video/256343&mvpageno=1[/url]

 

    Kochane nie mam pojecia jak się wstawia linki, filmiki itp. Podałam wyżej jak umiałam a czy wyszło - to się okaże. Jakby co, piszcie to wyślę Wam adres.

    Jest to film dokumentalny pt."W łonie matki" produkcji National Geographic. Ciekawy i poucząjący, choć na mnie największe wrażenie zrobiły zdjecia USG 3D.  Zapraszam do obejrzenia.  

Wesoło - finansowo

    Uśmiałam się wczoraj bardzo, ale to bardzo! Znajomy z Polski poinformował mnie, że dostałam list z PZU. Ciekawostką jest fakt, że przyszedł na jego adres, skoro im go nie podawałam, ale nie ważne. A teraz sedno sprawy....: na dzień dzisiejszy moje środki na emeryture wynoszą 381zł ;-))) Kochani jestem bogta! Jeśli ktoś jest w potrzebie to chętnie podzielę się zyskami ;-))

    A poważnie to zastanawiałam się nad obrabowaniem jakiegoś banku, ale nie ma to sensu, bo i one mają kłopoty i nie ma czego okradać. Parszywe czasy... 

 
1 , 2