Liczniki
wtorek, 23 listopada 2010
Niedbalstwo brytyjskiej służby zdrowia - po raz kolejny

Zwaiuję. Trzy razy budziłam się w nocy z powodu bólu brzucha. Rwało jak cholera, zastanawiałam się czy nie dzwonić po karetkę... nie było mowy o przekręceniu się na bok, tylko na płasko dawało radę jako tako wytrzymać. Najadłam się no-spy i jakoś udawało mi zasypiać na jakiś czas. Rano była powtórka z rozrywki, teraz też jestem na no-spie. Bobas w brzuszku się rusza, więc myślę, że to tylko przemęczone mięśnie i nic złego się nie dzieje. Dziś wtorek a w nocy ze środy na czwartek miły wraca. Tak sobie pomyślałam,że jak do tego czasu nie przejdzie to pojadę do szpitala. A w zasadzie zadzwonie do położnej bo tu taka procedura. Dam radę...

Wpomnę tylko, ze o ile narzekałam na NHS przy poprzedniej ciąży, tak teraz nawet mi się komentować nie chce ich niedblstwa. Badanie na ryzyko wystąpienia zespołu Downa wykonano mi w 12 tyg i nie wykazało ono nic, ponieważ było na nie za wcześnie. Następną wizytę miałam umówioną na 20tydz i powiedziano mi, że wówczas zrobimy badanie ponownie. Jednak nie zrobiono, bo ... było za późno! Wykonuje się je max do 19tyg!!!!!!!!!!!! Między 22 a 28tyg robi sie test na cukrzycę ciążową. I co? I nic.... W 20tyg usłyszałam, ze za wcześnie, moja położna powiedziała, że ona tego nie robi, GP nawet nie podjął tematu a teraz jest tydzień 30 i ciekawa jestem czy ktokolwiek dupsko ruszy. Dla porównania - rozmawiałam z kobietą, która w stodunku do mnie jest jakieś 6 tyg do tyłu. Ona miała cukrzycę ciążową w pierwszej ciąży. Teraz jej powiedziano, ze skoro raz miała to prawdopodobieństwo ponownej cukrzycy jest znikome. Co za bzdura!!!!! Babka pożyczyła od znajomych glukometr i oczywiście okazało się, ze znó ma cukrzycę. Co jej powiedzieli "medycy"? -  To częsta przypadłość, nie ma co się martwić.

Tak więc modlę się o zdrowie Patryka i zwyczajnie o tym staram się nie myśleć. No bo co mam niby zrobić... wziąć kredyt na prywatne badania?


niedziela, 21 listopada 2010
Kury domowej rozważania nocne

Życie kury domowej jakkolwiek by na nie spoglądać nudne jest i basta. Przynajmniej moje. W środę miną dwa tygodnie od kiedy miłego nie ma, znaczy - sama jestem. Dni sa do siebie podobne tak bardzo, że można kręćka dostać. Jedyne co się zmienia to moja waga i to wcale nie jest zmiana pozytywna.

Obudziłam się dziś o pierwszej w nocy i nijak zasnąć już nie mogłam. Głowę moją opętały myśli wredne, które to dopadły mnie po zakupach, a było to tak....

Moja córcia ukochana ma problem z wieczornym spokojnym zasypianiem jeśli wcześniej porządnie się jej nie wymęczy. Najlepszym znanym mi sposobem męczenia dziecka są wygłupy połączone z gilgotkami na łóżki. Jednak wielkość mojego cieżarnego brzucha tak bardzo utrudnia mi poruszanie się a zwłaszcza pogoń za szybkim jak torpeda dziecięciem, ze wybrałam wycieczkę do centrum handlowego. Tak wiem, wiem jak bardzojest to edukacyjne zajęcie... osobiście też tego nie lubię, ale potrzeba kupna gaci na wielki tyłek oraz obejrzenia ładnych rzeczy zwyciężyły nawet z argumentem w postaci braku pieniędzy oraz pustki w baku. Do domu dojechałam na rezerwie, grunt, ze w ogóle dojechałam ;-)

Owo centrum handlowe to Freeport Outlet Village. Takie miejsce, gdzie wybudowano kawiarenkę, pizzernię i kilka sklepów sieciowych postanowiło urządzić tam swoje punkty outlet. Mogłoby się wydawać, ze takie miejsce to cenowe niebo kuszące gigantycznymi przecenami, zwłaszcza przed świętami. Co za bzdura. Owszem zdarzają się wyprzedaże typu rzecz warta 80f kosztuje 50f, jednak moja skąpa osobowość wciąż twierdzi, ze to stanowczo za mało. Naprawdę tęsknię za czasami (raptem 3 lata temu!!!!) kiedy to brałam 30f do kieszeni i wychodziłam na łowy, po których miałam 5 bluzek, dwie pary spodni i jeszcze dychę przyniosłam do domu... To se ne wrati....

Łowy moje z powodu rozmiaru ciała i portfela musiały się odbyć szybko i skutecznie, coby być zadowolonym, ze ma się cokolwiek i nie widziec zbyt dużo ciuchów ładnych dla chudych i bogatych. Udało mi się kupić spodnie za 10f (przecenione z 35f). Niestety nie było spodni owijających brzuch, więc zadowoliłam się takimi, które są pod brzuchem. Oczywiście po pierwszym spacerze okazało się, ze zjeżdżają rónież z tyłka... ale dobra, te dwa miesiace kurna jakoś przetrzymam... Taniej wychodzi kupic gacie niż buty, tłumaczyć nie będę bo to długa historia. Potem zobaczyłam przez uchylone drzwi piękny sweterek a'la tunika z dzianiny... rozmiary były też i większe (czyt: nawet 12!), ale cena to 20f, czyli nie dla mnie. Przeszłam się po tymże sklepie i znalazłam jeszcze taki sweterek do wiązania, idealny na ciażę. Potrzebne mi takie coś, bo mam same krótkie rękawki, więc taki owijacz to diamencik, do tego po ciązy też się przyda. Ale, niestety cena zabójcza 30f spowodowałą moje natychmiastowe opuszczenie lokalu.

Postanowiłam też poszukać jakichś ozdób świątecznych, najlepiej wiszących, bo akurat w tym mieszkaniu mamy na to miejsce i możliwości. Świeczki też są potrzebne do zrobienia stroika. Efekt: świece za min 10f sztuka, wiszących ozdób brak. Za znalazłam cudne zestawy naczyń wigilijnych. Absolutnie fantastyczne i kurewsko drogie.... Każdą część oczywiście kupuje się osobo i każda pierdoła to koszt min 20f (cena jednego kubeczka). Pi razy oko za całośc wyszłoby ok 350f.  Ku pocieszeniu znalazłam nóż! Dla mnie jest to rzecz niezwykle cenny nabytek, ponieważ mamy jeden będący w ciągłym użyciu, więc ciągle jest tępy jak jasna cholera. A to cudeńko... tak idealnie leży w mojej dłoni, taki cieniutki jest, taki delikatny, z taką łatwością kroi syfiasty chleb z tesco, że jestem wdzięczna losowi za postawienie go w sklapie na wysokości moich oczu. Cena: 5.95f.

Dwie godziny w outlet village okazały się jednak owocne. Nóż i spodnie za łączną cenę 16f to jednak coś. A jednak... myśli w nocy krążyły i krążyły... Przeboleć nie mogę swojego wyglądu. Za dwa miesiące rozpocznę walkę o pozbycie się śladówz mojego ciała dwóch ciąż. Nie wiem ile ważę, ale myślę, że tak około 20 kilogramów jest do zrzucenia. Zastanawiam się tylko jak to zrobić, żeby nie zostać z masą obwisłej skóry. Dieta i ruch to jedno a skóra? Nie mogę wydawać kasy na kosmetyki... To znaczy mogę, oczywiście, ale typowo wyszczuplające itp to cena ok 30f za buteleczke i to jest tanio! A jeśli całośc ma działać to trzeba systematycznie, czyli codziennie, uzywać takich specyfików. Na to mnie nie stać. Po prostu. Ale waga to nie wszystko. Plan jest taki:

1. Fryzjer ---> oddam się mu całkowicie, niech robi co chce bylebym była inna. To da początek zmianom.

2. Aktywność fizyczna ---> tu jest problem, bo centrum sportowe obok mnie ma ceny rodem z Londynu, zresztą za siłownią nie przepadam. Na wszekkie pilatesy, aerobiki sriki trzeba jeździć gdzieś tam. Jak mam coś robić to najlepiej coś fajnego. A ja lubię walki i taniec. Wkoło mnie nie ma takich ofert ;/ Zreszta, jeśli będzie poród przez cesarkę to i tak dopiero po 6 tyg będę mogła zacząć robić cokolwiek.

3. Dieta ----> postanowiłam wyjeść wszelkie słodycze, które są w domu i żadnych nie kupować, więc nic kusić nie będzie. Piec będę tylko w weekendy i to dla rodzinki. Sama będę zajadać jeden kawałeczek ciasta do kawy i tylko w sobotę. W święta objem się ciastami po raz ostatni. W tej chwili od czasu do czasu gotuję jakieś danie z diety Dunkana w celu przyzwyczajenia się do smaku. Po porodzie zaczynam diete Dunkana, tylko musze dorwać przepisy i zasady.

4. Pomimo bobasów dwóch biorę się za gramatykę angielską (w zasadzie to już zaczęłam, ale potrzebna mi tu pomoc miłego) i zacznę się przygotowywać do egzaminu IELTS. Jak go zdam to pójdę na studia.

5. Jeśli moje ciało będzie skore do współpracy to w okolicach maja-czerwca wypierdzielę 80% szafy! Zostawie buty, pończochy, których nigdy nie nosiłam, jedną letnią spódnicę (bo mam aż jedną i tylko ją lubię) i sukienkę kupioną jeszcze w podstawówce ;-) Resztę wywalę łącznie z piżamami! Choćby miałoby to mnie kosztować majątek! Choćbym miała ściągać oszczędności z Polski! A przede wszystkim - stanik!!!! Zafunduję sobie dwie sztuki najbardziej seksownych staników jakie będą na mnie pasować!

A co! W końcu w styczniu skończę 30 lat...

 

Zasnęłam parę minut przed 6ą rano, by córcia mogła mnie obudzić o 7.12.

15:32, panijeziora1
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 listopada 2010
Super....

Przyjaciółka mnie opier... za to, ze jestem w ciąży. I za to, że jej o tym wcześniej nie powiedziałam. Właśnie dlatego jej nie mówiłam.

21:14, panijeziora1
Link Dodaj komentarz »
Panie Boże proszę...

Sytuacja wygląda tak: miły wstał wczoraj o 5ej rano i poszedł do pracy, wróćił wcześniej bo o15ej oświadczając, ze o północy ma prom do Polski, spał półrtorej godziny i wsiadł w auto, do tej pory nie mam żadnej wiadomości od niego. Umieram ze strachu.

19:06, panijeziora1
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 listopada 2010
Matka ma zawsze przesrane

Teść jutro wychodzi ze szpitala, ale nie czuje się najlepiej, więc miły jutro wsiadzie w auto i... gazu. Wiemy o tym od... godziny. Operacja jednak jest konieczna tylko nie mamy ustalonego jeszcze terminu. Czyli zostaję sama z brzuchem i bobasem cholera wie jak długo. I bez pieniędzy. Super. Szczęśliwa jestem jak jasna cholera.

18:12, panijeziora1
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 listopada 2010
Blondi

Zrobiłam coś głupiego. Bardzo głupiego. Aż wstyd się przed kimkolwiek, nawet przed samą sobą przyznać. Ale od początku.

Mam autko moje własne, moje pierwsze w życiu, mam je od dwóch lat. Jest to Ford Escort 13-letni automat w benzynie. Żadna więc rewelacja, żadna fura wypasiona itp. Zwykłe autko kupione w celu nauczenia się jazdy. Autko to ma wadę dosyć dziwną i nietypową, mianowicie nie da się ruszyć na zimnym silniku, tzn ruszysz, ale po sek gaśnie. W praktyce jak gdzieś chcę jechać to wsiadam, odpalam, gazuję na niskich obrotach przez chwilę jak jest zimno, lub tylko zostawiam na chodzie jak jest ciepło. Jak temp silnika się podniesie się do stanu - ciepło - to można ruszyć. Czemu tak jest tego nikt nie wie. Kilku mechaników, salon forda, przedstawiciele forda na UK i cholera kto wie jeszcze zapytany co jest grane - wszyscy rozkładają ręce. W zimie jest to szczególnie problematyczne, bo gazowanie trwa nawet 15 min i schodzi w pizdu paliwa, dosłownie. W ub roku ni z tego ni z owego dwa razy padł akumulator. Miły pogrzebał, coś wywalił, coś kupił i było ok. Siada elektryka prawdopodobnie, bo jak jest na chodzie w celu rozgrzania silnika to np swieca się światła stopu itp. Takie dziwne zachowania ma mooje autko.

A teraz do rzeczy. Pojechałam do miejscowości oddalonej o 35-45min jazdy. Zaparkowałam w ciemnym miejscu i wróciłam do auta po ponad 3 godzinach. Zimno raczej nie było, ok 5st i w takich warunkach po takim postoju silnika zwykle juz nie grzeje tylko ruszam i tyle. Przekręcam kluczyk w stacyjce a tu buuuuuuuuuuu i bach - wszystkie kontrolki się świecą.  Hmmmm patrzę, szukam, szperam, główkuję... próbuję jeszcze raz. To samo - dźwięk buuuu i kontrolki od oleju po akumulator. Ponieważ juz sytuacja z akumulatorem miała kiedys miejsce to w zasadzie nie było co sie zastanawiac - pach za telefon i dzwonie do miłego co robic.

Miły wezwał pomoc drogową, która to kosztowała nas 150 funtów!!!!!! Czyli jakieś 680zł za to, żeby ktoś przyjechał i zobaczył co jest grane plus roczne ubezpieczenie przypisane do mnie, nie do auta, że nie ważne w czym jestem jak coś się stanie to już płacić nie będę.

Po 40min przyjechał miły facet i pyta co jest grane. No to mówie, ze nie wiem, chyba akumulator, zresztą ja tylko jeżdżę a o autach pojęcia nie mam żadnego, nawet nie wiem jak jest akumulator po angielsku!!!! Facet w śmiech, nic zresztą dziwnego. Dałam mu kluczyki z głupim uśmiechem i tyle. A on... wsiada, świeci latarką, szczerzy zęby i mówi: I know what is your problem. Ja zgłupiałam.... przecież gość nawet maski nie otworzył!!!! Kazał mi wsiadać i zobaczyc... skrzynie biegów. Okazało się, że zostawiłam auto na R czyli wstecznym, a byłam przekonana że zostawiłam na P!!! Nie zauważyłam, nie popatrzyłam, cholera wie, ciemno było, to biegi jeden za drugim... Tylko czemu do cholery pieprzony akumulator się świecił???????? Facet w smiech, ja chciałąm uciec jak najdalej.... Wstyd jak cholera.  Blondynka rodem z dowcipów! Za trzy-minutową pogawędkę z facetem dałam 150 funtów! Znacie droższych sympatycznych panów?

Ehhhhh ja głupia...

21:44, panijeziora1
Link Komentarze (1) »
wtorek, 02 listopada 2010
Szpitalne wiesci i rozmyślania przyszłościowe

Wczoraj otrzymaliśmy pierwsze wieści ze szpitala i odetchnęliśmy z ulgą. Okazało się, że wdało się ogólne zakażenie nerek na skutek zatrzymania moczu. Zatrzymanie nastapiło w wyniku przerostu prostaty, która uciskała na pęcherz i jakiś nerw w taki sposób, że teść w zasadzie nie oduczwał lub odczuwał bardzo niewielkie parcie na pęcherz. W efekcie chodził do towalety raczej z przyzwyczajenia niż z potrzeby a do tego niewiele z niego "kapało". Lekarz stwierdził, że jeszcze nie widział tak dużo zatrzymanego moczu w ciele pacjenta w dodatku jego kolor i potem zbadany skład wskazywały na zatrzymanie od co najmniej kilku miesięcy! Niemniej jednak teść w szpitalu pozostanie jeszcze jakiś czas, zeby nerki doprowadzic do porządku i zapobiec takim sytuacjom w przyszłości.

Oczywiście cieszymy sie, że z teściem nie dzieje się nic złego itd. ale cała ta cytuacja dała mi sporo do myślenia. Pisałam o tym wczoraj. Myśli wciąż krążą po głowie ale rozwiązania na horyzoncie nie widać. W skrótcie mówiąc opcje przyszłościowe są takie:

  1. Bidujemy dalej w UK, biorę pożyczkę na studia, idę na studia i zwiększam swoje szanse na rynku pracy zwłaszcza, ze akurat jak skończę studia to dzieci będą chodziły do bezpłatnego przeszkola, więc będzie już łatwiej w opiece nad nimi (przynajmniej tak mi się wydaje).
  2. Bidujemy dalej w UK, nie idę na studia, czekamy aż dom się zwolni (brzmi okropnie, nie o to mi chodzi, ale nie wiem jakich użyć słów, każde są niewłaściwe) i wtedy miły zostaje tu, wynajmuje pokój a ja z dziećmi jadę do PL, nam wysyła pieniądze na remont domu i życie.

Opcja numer jeden jest o tyle niebezpieczna, że jak się wpakuję w pożyczkę a w połowie studiów okaze się, ze trzeba się zmyć do PL to nie tylko nie będzie pieniędzy na remont domu ale i dług nam się powiększy, królewską pożyczkę trzeba będzie oddać niemal natychmiast a mówimy tu o wielkich jak na nas pieniądzach.

Opcja numer dwa nie podoba mi sie z wielu względów. Przede wszystkim nie chce nic nie robić a pójście do pracy za byle jakie pieniądze jak już dzieci mi na to pozwolą to rozwiązanie ekonomiczne na "teraz" a nie na przyszłość. To co zarobiłabym byłoby tak naprawdę na życie, nie dałoby rady odłożyć z tego ani dla dzieci ani na dom. Mam 30 lat na miłośc boską i nie mogę wrócić do Polski z pustym CV! Poza tym zwyczajnie chcę coś robić, ale na byle co nie mogę sobie pozwolić. Teoretycznie mogłabym z dziećmi juz jechać do PL i mieszkać z teściem a miły by nam słał pieniążki, powoli remontowalibyśmy dom. Ale dwoje małych dzieci i staruszek to nieporozumienie. Przynajmniej nie w tym wypadku. No i nie chcę by dzieci widziały tatusia raz na pół roku, to już nie jest rodzina tylko nieformalna instytucja finansowa... Ale będąc tutaj nie zrobimy domu i nie zarobimy na niego. A ja chcę się rozwijac, tylko to też jest inwestycja i musze zdecydować się na któryś kraj.

Wiemy, że nie chcemy tu mieszkać do końca życia, ale pragniemy by dzieciaki nauczyły się tego właściwego angielskiego od tubylców a nie z polskich podręczników. Ja chcę iśc do przodu. Miły nie dostanie w PL pracy za takie pieniądze jak byśmy chcieli i nie chodzi nam o 10tys, żeby nie było. Domu sprzedać nie chcemy, to jedyne co mamy/będziemy mieli.

Tymczasem durnieję i szukam jakiegoś wyjścia. Mama moja podpowiedziała, ze może lepiej sprzedać ten dom i połowę pieniędzy z niego oddać szwagrowi (dla jasności: w domu mieszka ojciec, po jego śmierci właścicielami będą bracia), który i tak chce się go pozbyć a my byśmy kupili sobie coś innego gdzieś indziej, z dala od Warszawy, która jest cholernie droga. Jest to jakieś wyjście, ale czy tak się postępuje z domem rodzinnym? Miły ma wiele wspomnień z nim związanych i chce, żeby nasze dzieci się nim cieszyły. Mam awersję do Warszawy, wręcz obrzydzenie, ale co tam, nie chodzi przecież o mnie tylko o dzieciaki, taki dom to zabezpieczenie dla nich na przyszłosc. Ja od swoich rodziców nie mam nic, jak mama sprzedała mieszkanie to nie tylko zostałam bezdomna, ale gotówki dostałam wszystkiego 500zł. Starczyło na kupno biletu do UK!

Ehhhhh...

Idę bić się z myślami do kuchni, jakiś obiadek trzeba ugotować. Wkurzam się, bo nie mam o tym z kim pogadać a dręczy mnie to.

Cieszę się, że z teściem jest ok.

 

15:17, panijeziora1
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 listopada 2010
Smutno

Smutno dzis nie tylko dlatego, że Święto Zmarłych a my z racji odległości nie jesteśmy w stanie odwiedzić grobów bliskich, ale także dlatego, że wczoraj wieczorem dowiedzieliśmy sie, ze ojciec miłego dziś rano idzie(poszedł) do szpitala. Od tygodnia ponad nie czuł się najlepiej, ciśnienie wariowało jak chciało, nie dało się uregulować, do tego ojciec jest diabetykiem od ponad 30lat i nagle cukier też zwariował, nie sposób było sobie z nim poradzić. Tata zbladł, zszarzał, pojawiły się sińce pod oczami, plamy na twarzy... moja wstępna "chłopska" diagnoza to nerki. Niestety mam rację. Badania krwi wskazują na niewydolnośc nerek, ale lekarz postanowił umieścić tatę w szpitalu na dalsze badania. Niepokojący jest też wynik OB - 48. Moja mama przy raku miała 37.

Problemów z tym wiąże sie cały szereg... Po pierwsze ojciec jest tam sam, co prawda ma siostrę, ale to kobiecina również niemłoda, więc nie ma co liczyć na to, że dotrzyma mu towarzystwa cały dzień itp. Lekarz powiedział, że tata w szpitalu spędzi od 10 do 14dni. W tym czasie nie ma kto się zaopiekować domem ani psem, choć podobno ma z psem wychodzić sąsiad.

Generalnie nie ma co dramatyzować i prawdopodobnie nic bardzo złego się nie dzieje, ale oczywiście w przypadku starszych osób trzeba się liczyć z najgorszym w każdej chwili. I tu jest kolejny szereg problemów... Musimy jak najszybciej dziecku paszport wyrobić, bo w razie czego nie będę mogła z córką lecieć do Polski. Do tego dochodzi moja ciąża, 28tydzień czyli latać już nie mogę. Pieniazków na podróż nie mamy wcale, mało tego - zamykamy kolejne miesiace na minusie i gdyby nie pomoc brata to ja nie wiem jak byśmy żyli... Anyway - podróż czy to autem czy samolotem to pi razy oko 200 funtów, bo wiadomo, że w sytuacjach nagłych bilet kupuje się na jutro. Miły urlopu tak po prostu wziąć nie może. Dom jest w stanie nie nadajacym się do zamieszkania przez małe dziecko a lada moment będzie jeszcz niemowlę, więc jakby trzeba było się tam przenieść nagle to roboty będzie od cholery a po cesarce... heh. Rodziny w okolicach Warszawy nie mam, znajomych też (za wyjatkiem jednej zabieganej koleżanki) więc byłabym sama z dwójką dzieciaczków i domem do generalnego remontu.

Ja wiem, że czarny scenariusz jest czarny i mam nadzieję, ze się nie sprawdzi, ale plan działania trzeba mieć. Tymczasem trzymamy kciuki za zdrowie teścia i modlimy się, żeby magiczne pigułki wystarczyły. I tak jest smutno, bo w tym roku nie damy rady spędzić Świat wszyscy razem. Nie zobaczymy się z żadną rodziną, ani z mojej strony ani ze strony miłego. Mamy nadzieję na duże wspólne Świeta za rok, ale to też jest zmartwienie, bo naszym rodzicom i dziadkom zdrowie tak szwankuje, że aż strach myśleć a do tego dochodzi pytanie gdzie by urządzić takie duże rodzinne wydarzenie.

Zdrowia życzymy wszystkim!

15:30, panijeziora1
Link Dodaj komentarz »