Liczniki
sobota, 25 lipca 2009
Czekając na...

Od tygodnia nasza Natalka powinna być z nami. I jest, ale nadal w brzuszku. Wierci się, kręci, kopie niesamowicie aż czasami mam ochotę ją sama na zewnątrz wyciągnąć ;-)

Goście się rozjechali. Brat był bardzo zawiedziony, że nie zobaczył akcji porodowej. Bardzo na to liczył. Całą sytuacją to właśnie on najbardziej się denerwuje. Jest okropnie zestresowany, dzwoni po kilka razy dziennie pytając jak się czuję i czy już urodziłam, czy może właśnie rodze. Szczerze nie spodziewałam się aż takiej jego reakcji. To bardzo miłe ale z drugiej strony, jeśli tak samo będzie przeżywał ciążę i rozwiązanie swojej kobiety w przyszłości to ona biedna ze stresu urodzi znacznie wcześniej. Ciocia położna swoim humorem zaraziła cały dom. Wniosła cudowną klimat i podziałała uspokajająco na wszystkich. Ona sama uważa, że opóźnienie w rozwiązaniu to skutek błędnej diagnozy pierwszej położnej a nie zachcianki małej. Zbadała mnie i twierdzi, że jest wszystko wspaniale tylko skurczy brakuje. Mama martwi się, że nie zdąży zobaczyć wnuczki, w poniedziałek rano wylatuje do siebie...

Dziś o 16ej mamy się pojawić w szpitalu na tak zwane induction. W zasadzie trudno powiedzieć dokładnie na czym ma to polegać. Położna wyjaśniła tę wizytę mniej więcej tak: zbadają czy na pewno jest wszystko w porządku i w zależności od tego co się okaże to albo od razu nas zostawią na wywołanie porodu, albo umówią na wywołanie w innym terminie. bardzo mi się to nie podoba. Nie zgodzę się na oksytocynę jeśli nie będzie ku temu wyraźnych wskazań. Martwię się. Nie tak sobie wyobrażałam poród - na żądanie... Próbowaliśmy z miłym wszystkiego od gimnastyki, szybkich spacerów po seks i dosłownie nic. Coś gdzieś zakłuje, gdzieś się skurczę i po bólu. Z jednej strony się cieszę, bo nie jestem na ból odporna, jak coś mnie boli to wszyscy o tym wiedzą i to natychmiast ;-)

Byłam dziś w Nottingham w bardzo starym kościele, którego początki sięgają X w. Nie mam pojęcia jakiego to wyznania kościół, ale zapaliłam świeczkę w intencji małej i napisałam za nią modlitwę (po angielsku i pewnie z całym ogromem błędów, ale Bóg zrozumie o co chodzi).

Jestem wykończona. Z jednej strony goście, z drugiej całe to napięcie plus cicha walka miły kontra teściowa... Wszyscy czekają na Natalkę obserwując każdy grymas na mojej twarzy. Sąsiedzi nawet codziennie pytają czy już. Są cudowni, nigdy nie pomyślałabym, że Anglicy mogą tacy być. Ann piecze ciasta i ciągle mi jakieś przynosi, Keith pyta czy w czymś nie pomóc, czy wszystko dobrze i jakby co to mam śmiało do nich przychodzić a do tego wszystkiego dostałam dla małej torbę z ubrankami najwyższej jakości, delikatna czysta bawełna, znanej marki co tanie nie jest... Nie mam pojęcia jak podziękować tym ludziom. Są absolutnie niesamowici.

No dobrze... chyba czas spać, choć zupełnie nie mam na to ochoty. Wypiłam kilka łyczków wina w nadziei na sen, ale jakoś nie bardzo działa a więcej pić nie będę. A propos śniadanie w składzie: banan, muffinka i białe wino to całkiem smaczne połączenie ;-)



niedziela, 12 lipca 2009
Bardzo osobiście (moja emigrancja historia)

Na jednym z blogów znalazłam bardzo, bardzo smutny wpis o tym, jak pewna rodzina po wyjeździe za granicę poczuła sie szczęśliwa, jak poukładała sobie życie i jak się zakochali w nowym kraju. Tego wszystkiego nie mogą znieść inni. Przyjaźnie wieloletnie się urwały, rodzina dogaduje, ubliża, kontakty są utrzymywane na siłę ze strony emigrantów. To w jaki sposób sa traktowani jest często spotykane a jednak ukrywane zgodnie z wielowiekowym przekonaniem, ze swoje brudy pierze się w swoim domu. Postanowiłam więc napisać Wam coś niecoś o swojej emigracji, o jej przyczynach i rodzinie, którą odkryłam na nowo.

Ponad dwa lata temu trafiła mi się okazja wyjazdu do pracy na Islandię. Oczywiście postanowiłam z niej skorzystać mimo, iż wyjazd oznaczał przerwanie studiów w połowie piątego roku. Gdy  tylko znalazłam sie na miejscu poinformowałam rodzinę, ze dotarłam,żyję, jestem bezpieczna itp. Moja mama raczyła się do mnie odezwać dopiero po dwóch miesiącach a babcia, która od roku mieszkała z nami (ja, mama i babcia) wcale. Za to brat, z którym miałam nijakie kontakty, a który od 4 lat mieszkał w UK nagle sobie o mnie przypomniał, dzwonił tysiące razy dziennie z zapytaniem czy aby na pewno wszystko w porządku, czy radzę sobie z angielskim, z dokumentami, czy na pewno jest wszystko legalnie, czy mam gdzie mieszkać itp... Widocznie swój swojego zrozumie... Po pół roku wróciłam do domu. Na przywitanie usłyszałam, ze mam miesiac na wyprowadzkę, bo mama sprzedała mieszkanie. Uznała też, że z pewnością sobie poradzę, bo przecież za granicą zarobiłam tyyyyyyyyle pieniędzy. Poza tym jestem dorosła i dawno temu powinnam była się wyprowadzić. Zostałam sama mając dokładnie 15 tyś zł w kieszeni, bez magisterki, zszokowana i zupełnie nie majac pojęcia co dalej. I co? Brat powiedział jedno: pakuj sie i przyjeżdzaj do mnie. Nie miałam nic do stracenia. Pojechałam, choć na drugi konieć UK, daleko od brata z nadzieją, że gorzej już być nie może. Niedługo miną dwa lata mojego pobytu w UK. Finansowo lekko nie jest. Ale zrobiłam magistra, doczekałam się tutejszego uznania moich kwalifikacji zawodowych, kupiłam samochód. Jestem z cudownym mężczyzną a w tym tygodniu urodzi się nasza córeczka. Dziś w nocy po raz pierwszy odwiedzi mnie ktoś z rodziny, ktoś inny niż brat - mama. Ona uważa, że ten wyjazd był konieczny, nie widzi jaką krzywdę mi wyrządziła, choć szczęśliwie wszystko wyszło mi na dobre. Ja jej tego nie jestem w stanie zapomnieć, zrozumieć ani wybaczyć. A teraz zostanie babcią...
Patrząc po znajomych tego typu historie rodzinne są powszechne. Oczywiście są mniej i bardziej dramatyczne. Kiedy mieszkałam w Polsce widziałam jak bardzo brat nie lubił nas odwiedzać, bo każdy oczekiwał, ze przyjedzie z wielkim workiem pieniędzy, postawi flaszkę, kolacje w knajpce i pewnie jeszcze jakiś prezent przywiezie. Kiedy po rocznym pobycie tutaj postanowiłam odwiedzic przyjaciółkę w Polsce, ona zaproponowała balangę w drogim klubie nad morzem. Ja jej na to, ze mnie nie stać a ona: daj spokój, przecież za granicą robisz! Uważam, ze ważna jest też szczerość z naszej, emigranckiej strony. Wiele osób oszczędza jak może, odkłada na przyszłość, tutaj odmawia sobie prawie wszystkiego a kiedy jadą odwiedzic rodzinę i przyjaciół opowiadają jak im jest dobrze, ze na tak wiele ich stać i szerzą mit emigranta-dorobkiewicza. Zastaw się a postaw się...
Przykre jest słuchać i czytać jak bardzo zawodzi własna rodzina kiedy potrzebujemy ich najbardziej. Przykre jest też, że ciągle jest w nas tyle zawiści...

13:35, panijeziora1
Link Komentarze (5) »
wtorek, 07 lipca 2009
TAkie tam wahania przyszłej mamy...

Było sobie lato... Poważnie. Kiedy znajomi w Polsce się skarżyli, że jest duszno i parno, ale słońca nie ma tylko burze sie w ganianego bawią to u mnie było słonko iście południowo-europejskie ;-) Sami Anglicy nie mogli się nadziwić skąd takie temperatury i słońce. A teraz jest odwrotnie, czyli powróciła równowaga nad czym ubolewam okropnie. Plusem deszczowej pogody jest dla mnie osobiście to, że mogę poruszać się troszkę szybciej niż w upale no i stopy nie są aż tak olbrzymie. Ale i tak tęskniem za słoneczkiem...

Poczyniliśmy z miłym ostatnie zakupy w postaci dojarki (laktatora), sterylizatora, stanika karmiącego, koszuli do szpitala i wkładek laktacyjnych. Pieniążków znów ubyło, ale sobie pomyślałam tak: dla nas te 130 funtów to sporo, ale przeżyjemy a jakbyśmy mieli zostawic w sklepie w Polsce równowartość tego za jednym zamachem? Czyli jakies 600zł z plusem? Brrrrrrrrrr my tu narzekamy, ale jeszcze nie w pełni doceniamy co mamy.  Tak sie zastanawiamy z miłym czego jeszcze nam brakuje? Z takich rzeczy "dużych" to już chyba wszystko. Łóżeczko z wyposażeniem zostawiamy w rękach "najlepszego wujka na świecie", czyli mojego brata. To bardzo miłe z jego strony. Mama dzwoni codziennie, bo jeszcze jej sie przypomniało, że trzeba nam tego a tego i śmego. Na przykład wczoraj kazała nam kupic gryzaki i to koniecznie. Hmmmm a mnie się niekoniecznie spieszy do jakiegokolwiek sklepu. Poza tym odzywają sie nagle starzy znajomi, którzy nagle sobie o nas przypomnieli, co jest miłe. Tylko ja się pytam co im się stało, że nagle chcą wszyscy przyjechać??? I to koniecznie w lipcu. Termin porodu mam na przyszły piątek 17ego. Mama przyjeżdża w tę niedzielę, reszta jakoś na dniach. Wyliczyłam, że najmniej to się 13 osób nam zwali. Na samą myśl robi mi sie niedobrze. Owszem, lubię ludzi w domu, ale jak poczytałam wpisy innych mam jak się czuły przed porodem, w trakcie i po to ta banda ludziów w moim ciuchutkim domku nie wywołuje już entuzjazmu... Coraz bardziej mi sie wszystkiego odechciewa... Chciałabym, żeby Natalka była z nami zanim rodzinka i reszta przyjedzie, żebyśmy mogli się z nią zapoznać w ciszy i spokoju. Zwłaszcza, ze ani ja ani miły nigdy nie mieliśmy do czynienia z małymi dziećmi, oboje unikaliśmy takich kontaktów bojąc się, ze z powodu niewiedzy i braku wprawy zrobimy krzywdę maleństwu. A tu raptem mamy się borykać z tym wszystkim przy świadkach... Nie, takiego stresu naprawdę nam niepotrzeba.