Liczniki
niedziela, 12 lipca 2009
Bardzo osobiście (moja emigrancja historia)

Na jednym z blogów znalazłam bardzo, bardzo smutny wpis o tym, jak pewna rodzina po wyjeździe za granicę poczuła sie szczęśliwa, jak poukładała sobie życie i jak się zakochali w nowym kraju. Tego wszystkiego nie mogą znieść inni. Przyjaźnie wieloletnie się urwały, rodzina dogaduje, ubliża, kontakty są utrzymywane na siłę ze strony emigrantów. To w jaki sposób sa traktowani jest często spotykane a jednak ukrywane zgodnie z wielowiekowym przekonaniem, ze swoje brudy pierze się w swoim domu. Postanowiłam więc napisać Wam coś niecoś o swojej emigracji, o jej przyczynach i rodzinie, którą odkryłam na nowo.

Ponad dwa lata temu trafiła mi się okazja wyjazdu do pracy na Islandię. Oczywiście postanowiłam z niej skorzystać mimo, iż wyjazd oznaczał przerwanie studiów w połowie piątego roku. Gdy  tylko znalazłam sie na miejscu poinformowałam rodzinę, ze dotarłam,żyję, jestem bezpieczna itp. Moja mama raczyła się do mnie odezwać dopiero po dwóch miesiącach a babcia, która od roku mieszkała z nami (ja, mama i babcia) wcale. Za to brat, z którym miałam nijakie kontakty, a który od 4 lat mieszkał w UK nagle sobie o mnie przypomniał, dzwonił tysiące razy dziennie z zapytaniem czy aby na pewno wszystko w porządku, czy radzę sobie z angielskim, z dokumentami, czy na pewno jest wszystko legalnie, czy mam gdzie mieszkać itp... Widocznie swój swojego zrozumie... Po pół roku wróciłam do domu. Na przywitanie usłyszałam, ze mam miesiac na wyprowadzkę, bo mama sprzedała mieszkanie. Uznała też, że z pewnością sobie poradzę, bo przecież za granicą zarobiłam tyyyyyyyyle pieniędzy. Poza tym jestem dorosła i dawno temu powinnam była się wyprowadzić. Zostałam sama mając dokładnie 15 tyś zł w kieszeni, bez magisterki, zszokowana i zupełnie nie majac pojęcia co dalej. I co? Brat powiedział jedno: pakuj sie i przyjeżdzaj do mnie. Nie miałam nic do stracenia. Pojechałam, choć na drugi konieć UK, daleko od brata z nadzieją, że gorzej już być nie może. Niedługo miną dwa lata mojego pobytu w UK. Finansowo lekko nie jest. Ale zrobiłam magistra, doczekałam się tutejszego uznania moich kwalifikacji zawodowych, kupiłam samochód. Jestem z cudownym mężczyzną a w tym tygodniu urodzi się nasza córeczka. Dziś w nocy po raz pierwszy odwiedzi mnie ktoś z rodziny, ktoś inny niż brat - mama. Ona uważa, że ten wyjazd był konieczny, nie widzi jaką krzywdę mi wyrządziła, choć szczęśliwie wszystko wyszło mi na dobre. Ja jej tego nie jestem w stanie zapomnieć, zrozumieć ani wybaczyć. A teraz zostanie babcią...
Patrząc po znajomych tego typu historie rodzinne są powszechne. Oczywiście są mniej i bardziej dramatyczne. Kiedy mieszkałam w Polsce widziałam jak bardzo brat nie lubił nas odwiedzać, bo każdy oczekiwał, ze przyjedzie z wielkim workiem pieniędzy, postawi flaszkę, kolacje w knajpce i pewnie jeszcze jakiś prezent przywiezie. Kiedy po rocznym pobycie tutaj postanowiłam odwiedzic przyjaciółkę w Polsce, ona zaproponowała balangę w drogim klubie nad morzem. Ja jej na to, ze mnie nie stać a ona: daj spokój, przecież za granicą robisz! Uważam, ze ważna jest też szczerość z naszej, emigranckiej strony. Wiele osób oszczędza jak może, odkłada na przyszłość, tutaj odmawia sobie prawie wszystkiego a kiedy jadą odwiedzic rodzinę i przyjaciół opowiadają jak im jest dobrze, ze na tak wiele ich stać i szerzą mit emigranta-dorobkiewicza. Zastaw się a postaw się...
Przykre jest słuchać i czytać jak bardzo zawodzi własna rodzina kiedy potrzebujemy ich najbardziej. Przykre jest też, że ciągle jest w nas tyle zawiści...

13:35, panijeziora1
Link Komentarze (5) »
wtorek, 07 lipca 2009
TAkie tam wahania przyszłej mamy...

Było sobie lato... Poważnie. Kiedy znajomi w Polsce się skarżyli, że jest duszno i parno, ale słońca nie ma tylko burze sie w ganianego bawią to u mnie było słonko iście południowo-europejskie ;-) Sami Anglicy nie mogli się nadziwić skąd takie temperatury i słońce. A teraz jest odwrotnie, czyli powróciła równowaga nad czym ubolewam okropnie. Plusem deszczowej pogody jest dla mnie osobiście to, że mogę poruszać się troszkę szybciej niż w upale no i stopy nie są aż tak olbrzymie. Ale i tak tęskniem za słoneczkiem...

Poczyniliśmy z miłym ostatnie zakupy w postaci dojarki (laktatora), sterylizatora, stanika karmiącego, koszuli do szpitala i wkładek laktacyjnych. Pieniążków znów ubyło, ale sobie pomyślałam tak: dla nas te 130 funtów to sporo, ale przeżyjemy a jakbyśmy mieli zostawic w sklepie w Polsce równowartość tego za jednym zamachem? Czyli jakies 600zł z plusem? Brrrrrrrrrr my tu narzekamy, ale jeszcze nie w pełni doceniamy co mamy.  Tak sie zastanawiamy z miłym czego jeszcze nam brakuje? Z takich rzeczy "dużych" to już chyba wszystko. Łóżeczko z wyposażeniem zostawiamy w rękach "najlepszego wujka na świecie", czyli mojego brata. To bardzo miłe z jego strony. Mama dzwoni codziennie, bo jeszcze jej sie przypomniało, że trzeba nam tego a tego i śmego. Na przykład wczoraj kazała nam kupic gryzaki i to koniecznie. Hmmmm a mnie się niekoniecznie spieszy do jakiegokolwiek sklepu. Poza tym odzywają sie nagle starzy znajomi, którzy nagle sobie o nas przypomnieli, co jest miłe. Tylko ja się pytam co im się stało, że nagle chcą wszyscy przyjechać??? I to koniecznie w lipcu. Termin porodu mam na przyszły piątek 17ego. Mama przyjeżdża w tę niedzielę, reszta jakoś na dniach. Wyliczyłam, że najmniej to się 13 osób nam zwali. Na samą myśl robi mi sie niedobrze. Owszem, lubię ludzi w domu, ale jak poczytałam wpisy innych mam jak się czuły przed porodem, w trakcie i po to ta banda ludziów w moim ciuchutkim domku nie wywołuje już entuzjazmu... Coraz bardziej mi sie wszystkiego odechciewa... Chciałabym, żeby Natalka była z nami zanim rodzinka i reszta przyjedzie, żebyśmy mogli się z nią zapoznać w ciszy i spokoju. Zwłaszcza, ze ani ja ani miły nigdy nie mieliśmy do czynienia z małymi dziećmi, oboje unikaliśmy takich kontaktów bojąc się, ze z powodu niewiedzy i braku wprawy zrobimy krzywdę maleństwu. A tu raptem mamy się borykać z tym wszystkim przy świadkach... Nie, takiego stresu naprawdę nam niepotrzeba.

piątek, 26 czerwca 2009
Słonica

Dzięki wielkie za porady. Kochane jesteście. Nie ma to jak opinia innej mamuśki ;-) Dziękuję też za informację o 300 pieluchach w pierwszym miesiącu, zrobię specjalną rezerwację w domowym budżecie ;-)  Zresztą w którymś blogu przeczytałam, że synek piszącej zużył dokładnie 333 pieluszki w ciagu pierwszego miesiąca a mnie, jako laikowi wydało się, ze mały chyba miał biegunkę przez czas czy coś a tu się okazuje, że to całkiem realna liczba... Zacytuję mego miłego: "gówniany interes". Coś w tym jest... Ciocia położna, która pracuje w innym hrabstwie powiedziała, że w szpitalu w jej mieście nie myją dzieci przez tydzień po urodzeniu właśnie po to, zeby maź porodowa dobrze sie wchłonęła w skórę. Jedyne co myją to pupkę, wiadomo. Dziękuję również za informacje odnośnie fotelika, naprawdę sie przeraziłam widmem wielkiej krzywdy w postaci narażenia kręgosłupa itp. A potem sobie pomyślałam, że przecież w brzuszku płasko nie jest i taka zupełnie płaska pozycja nie jest zbyt naturalna.  Uspokoiłyście mnie, dziękuję.

A teraz niespodzianka. Wielka Słonica pokazuje swe oblicze! słonica

Miły zrobił fotkę z zaskoczenia czym wywołał mój protest a to z kolei odbiło się na minie ;-)

Zaliczyłam wizytę u połoznej. Wszystko jest idealnie a mała usadowiła się główką w dół. Zebrałam się na odwagę i stanęłam na wadze. W efekcie ułożyłam już plan wspinaczkowy, spacerowy i gimnastyczny. Rezultat ciąży poza córeczką, oczywiście, to plus 20kg ogólnie (najbardziej czuję je w udach).

To tyle z ostatnich rewelacji. Wreszcie udało mi sie zaglądnąć do niektórych z Was! Hura!

środa, 24 czerwca 2009
Pytania dwa... (help)

Ufff kupiłam 80 pieluch, dwie olbrzymie megapaki chusteczek do pupy (promocja, wiadomo), specjalne patyczki takie do uszu i nie tylko oraz puder, też do pupci. Jak zobaczyłam cenę wkładek laktacyjnych to padłam... myślałam, że to w Polsce jest drogo... ehhh. Muszę jeszcze kupic koszulę nocną z rozpinanym przodem i będę mogła spakować torbę do szpitala. O czym zapomniałam, czego nie mam to już sama nie wiem. Braciszek robi nam niespodziankę, o którek oczywiście nic nie wiem (mama zawsze się wygada) i czekamy na łóżeczko z Ikei. Co prawda upatrzyłam sobie takie jedno w stylu turystycznym, które ma siateczki po bokach a nie deski ze szparami, ale trudno. Kupi się kocyk i szparki zasłoni, żeby mała tam główki nie wlożyła.

Drogie Panie... mam pytanie a nawet dwa. W tym śmiesznym kraju zalecają mycie noworodka raz na dwa a nawet na trzy dni, gdy tymczasem moja mama usłyszawszy to oburzyła się twierdząc, ze trzeba kąpać maleństwo codziennie; w przeciwnym wypadku skóra może popękać, szczególnie w pachwinkach i za uszkami. A jak Wy postępowałyście? I druga sprawa. Przepisy drogowe bezdyskusyjnie wymagają wożenia dziecka w foteliku niezależnie od wieku(tego się nie czepiam, uważam to za słuszne). Obejrzeliśmy z miłym chyba ze 30 modeli rozmaitych fotelików dla noworodków (do 9kg). Co mnie zdziwiło i przeraziło (nie wiem czy słusznie) to głebokie wcięcie pod pupę. Przecież noworodki powinny lezeć a wsadzanie ich w taką pozycję jest niebezpieczne dla kręgosłupa. Myślimy z miłym o położeniu tam kocyka czy też takiej miniaturowej poduszeczki, zeby mała nam pupą nie wpadła do tej dziury. Całe szczęście do domu ze szpitala mamy 20 minut jazdy, chyba że korki będą... Jakby nie było mamusia moja zaczęła protestować krzycząć wniebogłosy, ze ona nie pozwoli wnuczce jechać w foteliku, że będzie ją na rękach trzymać a ewentualny mandat ona zapłaci... Chyba nie muszę dodawać, że ciśnienie mi tym podniosła znacznie... Proszę, kochane kobietki, poradźcie coś, wypowiedzcie się... Czuję się głupia a najbardziej się boję nieświadomego wyrządzenia krzywdy własnemu dziecku.

ANAMIS a Wy jak tam? tulisz już synka? Kciuki trzymam nadal.

Czas na kawę i książkę na ogródku
Very Happy

wtorek, 23 czerwca 2009
Jeszcze tylko... 24 dni...

Wiecie co? W szoku jestem... po pierwsze to myślałam, że bez życia zawodowego nie przeżyję 6 miesięcy w domu, że się zanudzę itp. a po drugie ogółem 9 miesięcy to prawie rok a to przecież taaaaaaaaaaaaaaaaki szmat czasu, ze hohoho.... A teraz się okazuje, ze zostało 24 dni, połowy rzeczy jeszcze nie mam, akcja sprowadzania rodziny na powitanie Natalki wciąż trwa, kurs księgowości tak naprawdę nie jest nawet zaczęty (a pieniążki z konta uciekają) i ciągle jeszcze znajduję jeszcze coś, na co przecież "jeszcze jest czas". Nadziwić się nie mogę, że to zleciało tak gdzieś między palcami. Czuję się trochę jak jakiś głupek po obudzeniu sie z ręką w przysłowiowym nocniku. Mam poczucie zmarnowanego czasu a na dodatek, o Boże!, spodobało mi się lenistwo... Mam nadzieję, ze maleństwo wróci mi pęd życiowy, bo straszna fleja sie ze mnie zrobiła...

Ostatnio z koleżanką rozmawiałyśmy na temat metamorfozy kobiecego ciała jak bardzo się ono zmienia w ciągu życia kobiety i co jesteśmy w stanie z nim zrobić. A potem natknęłam się na cytat Evy Ensler (tej od  "Monologów vaginy"):

„[Żeby być piękną] musiałabym się odsysać, obcinać, oczyszczać, wygładzać, woskować, przykrywać, powiększać, podnosić, przekłuwać, nakłuwać, utrwalać, zeskrobywać, rozjaśniać, zwężać, rozgniatać, spłaszczać, sprasowywać, redukować, głodować i w końcu zniknąć.

    Po takich słowach od razu się lubi swoje ciało bardziej ;-)))

 


sobota, 13 czerwca 2009
Troska o dziecko jest pierwszym i podstawowym sprawdzianem stosunku człowieka do człowieka.Jan Paweł II

Własny ogródek, duży dom (przynajmniej w moim osobistym odczuciu) i jeszcze część nierozpakowanych kartonów, urządzanie pokoiku dla córeczki - to wszystko sprawia, że jest co robić i jakoś nie ma czasu ani nawet chęci do siadania przed kompem i pisania bloga, choć jest o czym pisać :)

Poznaliśmy sąsiadów z sąsiednich domów. Ci z prawej strony to takie śmieszne małżeństwo, ludzie zawstydzeni i nieśmiali, jak to Anglicy. Przywitali się dopiero po opróżnieniu butelki wina. Tutaj bardzo źle widziane jest jeśli to nowi zaczepiają chcąc się przywitać. Zaprosiliśmy ich na grilla, gdy się rozluźnili okazali się bardzo sympatycznymi ludźmi, choć bez żadnych pasji i zainteresowań. Oboje dużo pracują i to daleko od domu, więc są tu tylko na weekendy a dom usiłują sprzedać. Ale kiepsko im to wychodzi, bo ceny nieruchomości bardzo spadły, więc już są stratni a kryzys powoduje, ze chętnych na kupno domu jest mniej (co akurat nie jest prawdą, bo chętnych jest znacznie więcej tylko banki nie są już takie chetne do udzielania kredytów). W każdym razie dom z ceny początkowej 160 tys funtów spadł do 85tys i nadal nie umieją go sprzedać.

Sąsiedzi z lewej strony to przesympatyczne starsze małżeństwo, również bezdzietne (ci z prawej wolą karierę), ale za to mają 3 owczarki szkockie, z którymi jeżdżą na wystawy psów, zawody rózne, szkolenia i nie wiadomo na co jeszcze. Ledwo nas na oczy zobaczyli od razu przybiegli porozmawiac, przywitać się i zaproponowali wszelką pomoc,eśli tylko będzie nam potrzebna. Codziennie z nimi rozmawiam, codziennie chwilkę bawię się z ich psami a oni pytają kiedy rozwiązanie ;-) Mała będzie miała angielskich dziadków ;-) Ci ludzie są troszkę nietypowi jak na Anglików. Bardzo otwarci, chętni do pomocy, rozmowy... uwielbiają podróże, więc mamy szeroki temat do rozmów. Ale jednak dziwnie na mnie spojrzeli, gdy zobaczyli, ze czytam biografię van Gogha. A może to tylko moje takie odczucie. Nie wiem.

Posadziłam w ogródku bazylię i miętę. Nie macie pojęcia jaki to ogromny wysiłek dla mnie był... schylić się nie umiem, kucnąć też nie bardzo, bo skóra na udach przeraźliwie piecze, więc pozostaje jedynie na czworaka grzebać w ziemi. Zajęło mi cała wieczność posadzenie dwóch sadzonek. Mam nadzieję, ze się przyjmą. Zresztą w ogóle ogródek jest bardzo zaniedbany, ale wszelkie prace musze odłożyć póki co. Pewnie w tym roku uda mi się jedynie posadzić tulipany i hiacynty, bo je się we wrześniu sadzi, więc zakładam, że wtedy będę na tyle sprawna, że pół ogródka przekopię sadząc cebulki ;-) Poza tym zaczęłam buszować w sieci po rozmaitych forach ogrodniczyć i innych takich, bo ogrodniczka ze mnie żadna. No i okazało się, ze ziemia porośnięta mchem oznacza wysoką kwasowość ziemi i nic na niej nie wyrośnie, poza koniczyną. Jedynym sposobem jest przekopanie ziemi z wysypanym wapnem ogrodniczym. Ciekawe jaka jest angielska nazwa wapna ogrodniczego ;-) Miły oczywiście się ucieszył, że mu znalazłam kolejną robotę...

Urządzanie pokoiku dziecięcego idzie mi marnie. Przede wszystkim dlatego, ze jestem zdania, że to małej pokój i w związku z tym nie powinno tam być żadnych rzeczy rodziców. Tymczasem będzie tam pełno książek i dokumentów... Książki niestey stanowią siedlisko kurzu i wiem, że nie powinny się znajdować w pokoju dziecka od momentu narodzin, ale mam nadzieję, że zdążę coś wymyślić zanim mała się urodzi. Ponieważ są tam nowe meble i nowiutki dywan pokój pachnie drewnem i klejem. Osobiście lubię te zapachy, ale niemowlaka mogą trochę dusić. Wynalazłam więc listę kwiatów, które neutralizują szkodliwe substancje, ale same nie nadają zapachu, więc nie powinno być duszno. W efekcie wybieram się po zakup paprotki i skrzydłokwiatu.

Sam pokój nadal jednak wydaje się być surowy i jakoś mało dziecięcy. Wymyśliłam więc to:

sciana

lub to:

sciana2

Oczywiście są to tylko przykłady, natomiast chcę kupić tego typu naklejki i ozdobić pokój oraz okno, żeby było wesoło, po prostu ;-) Naklejki są łatwe w usuwaniu, nie zdzierają farby i podobno można ich używać wielokrotnie. Ale też nie są tanie, niestety. No dobrze, inaczej: sa tanie jak się zarabia, o! Różnią się one rozmiarami i wzorami. Takie najbardziej kolorowe, dziecięce, zawierające dużo elementów i większe kosztują w okolicy 80 dolarów w USA (droższe też znalazłam) lub 80 - 120 funtów w UK. Są tańsze szablony po około 30 funtów, ale sa to na przykład trzy małe kwiatki. A chciałoby się do tego dokupić jakąś gałązkę, motylka i coś jeszcze co w sumie daje cenę potrójną. Ale nie ważne. Będzie kolorowo, ale etapami. Poza tym niemowlaki rozróżniają kolory od drugiego czy trzeciego miesiąca, więc powiedzmy, ze mam czas ;-) Okropna jestem, nie?

No dobrze starczy tego pisania. Czas coś zjesć ;-) Dziękuję za wpisy pod poprzednim postem, kochane jesteście. Obiecuję, że wreszcie poszperam po Waszych bloga Wyniosę laptopa na ogródek i poczytam jak Wam wakacje się zaczęły. Buziaki słonka życzę.

A! Do rozwiązania jeszcze tylko 34 dni ;-)))))))) mam stresa ;-)

środa, 13 maja 2009
Tydzień 30.

Jestem w szoku, 30 tygodni ukończone i kiedy to zleciało??? Jutro spotkanie z położną (oby była sensowna), w poniedziałek odbieramy klucze do domu i zaczynamy przeprowadzkę (niech ktoś to zrobi za mnie, błagam), za dwa tygodnie ostatni skan przyspieszony o całe 3 dni ze względu na niskie położenie łożyska. Nie wiem czy pisałam, ale miałam robioną próbę glukozową, opóźnioną, ponieważ nikt wcześniej się nie połapał, że trzeba ją zrobić (wskazaniem jest występująca cukrzyca w rodzinie). Próba była przeprowadzona niemal natychmiast po tym, jak pani położna się połapała i co jest najciekawsze - PO RAZ PIERWSZY BYLAM U LEKARKI!!! Konsultacja z lekarzem przy próbie jest konieczna. Bardzo mnie zdziwiło i ucieszyło, choć poza rozmową na temat cukrzycy i astmy nic więcej podczas spotkania się nie działo. Malutka kopie mnie tak, że czasami mam serdecznie dośc. Dziś zaczęła szaleć o 2 w nocy i w efekcie od tej pory nie śpię ;-) 

    Miły zrobił nam niespodziankę i w ramach dawno niewidzianej rozrywki zabrał do kina. Zupełnie zapomniałam o wszystkim co czytałam na temat ciązy i kompletnie nie przyszło mi do głowy, ze hałąs kinowy moze wystraszyc małą. Kino okazało się bardzo głośne nawet jak na moje przygłuche uszy a co dopiero dla maleństwa. Nie da się opisać tego, co działo się w brzuchu... Żeby jakoś do konca seansu dotrwać owinęłam brzuch swetrami,polarami, czym się dało... W efekcie po wszystkim miły musiał prowadzić auto, ja nie dawałam rady... Jeszcze na świat to to nie przyszło a juz o swoje prawa walczy ;-) Ma charakterek po mamusi ;-))

     Z innych sensacji ostatniego czasu: przewróciłam się rozwalając kolanko i oba nadgarstki. Sierota ze mnie straszna. Na szczęście instynkt samozachowawczy zadziałał w sposób perfekcyjny i wyhamowałam w sposób bezpieczny dla brzuszka, ale nieprzyjemny dla innych części ciała. Zdaje się, że kamyczki mam powbijane w kolanie, bo ropieje już ponad tydzień i nie umiem go wyleczyć. Niestety nie umiem się nachylić w taki sposób, żeby zobaczyć co się tam dzieje, tylko myję szarym mydłem, od dziś traktuję spirytusem i nakładam plaster.

    Zaczęłam robic dziecinne zakupy. Bardzo powoli, bo ani pieniążków ani miejsca na rzeczy na razie nie ma... miejsce będzie w nowym domu a pieniążki...yyyyy... ten tego, coś wymyślę. Mam więc 3 pary śpioszków, dwie bluzeczki, jeden komplecik: czapeczka, bluzeczka i spodenki a'la śpioszki, kocyk rożek. Udało się załatwić wózek za free zupełnie przypadkowo, więc ten wydatek nam odpada a poza tym przez jakiś czas mała może spac w wózku i dzięki temu poczekamy chwilkę z łóżeczkiem. Zastanawiam się, czy można przetrwać bez wanienki. Na pewno od razu trzeba będzie kupić nosidełko i fotelik samochodowy. Jest takie prawo, że aby załatwić dziecku paszport trzeba jechać z nim osobiście do konsulatu. Nie wiem jak z dwutygodniowym dzieckiem mam jechać 3 godziny w jedną stronę, na miejscu pół dnia i potem znowu 3 godziny z powrotem... Maluchowi nie wytłumaczysz, ze nie da się inaczej... 

    Dobra nowina - mama wyraziła chęć przyjazdu na poród i pierwsze kilka tygodni. Z powodów finansowych nie bardzo wiemy czy na pewno uda się jej przyjechać, ale bardzo bym chciała się z nią zobaczyć. Miły się niepokoi, bo mama jest osobą palącą i on już na samą myśl o tym dostaje białej gorączki. 

    Z innej beczki. Dostałam od koleżanki kwietniowy numer Zwierciadła, Newsweeka i książkę Gretkowskiej czym doprowadziła mnie do orgazmicznej wręcz radości ;-) Nie wiedziałam, ze aż tak mi brakuje polskiej prasy. W końcu kiedyś wydawałam fortunę na prasę, byłam stałą czytelniczką kilku bibliotek a najlepszą moją pracą w sensie duchowym była praca w kiosku. Teraz korzystam z serwisu podaj.net oraz bookmooch.com ale wiadomo jak jest - wysyłka za granicę czegokolwiek kojarzy się z monstrualnymi wydatkami i skomplikowaną procedurą, więc ludzie tego unikają jak ognia. A naprawdę koszta wielkie nie są a wysyłka jest banalnie prosta. Na szczęście są ludzie życzliwi i dzięki nim mogę czasami coś po polsku przeczytać. Ukłony w ich stronę.

    No dobrze... jak nie pisałam to nie pisałam a dziś... W każdym razie miłego dnia wszystkim, bo jeszcze wcześnie jest, uśmiechu, bo zawsze go za mało i słoneczka, bo to w końcu maj ;-) 

wtorek, 21 kwietnia 2009
To 27 tydzień już ;-)

    Wiosnę mamy, śliczne słoneczko za oknem, drzewka i krzaczki kwitną aż chce się żyć! Energii przybyło, więc zaglądam tu rzadziej, pisać się nie chce a i na innych blogach gościem jestem rzadkim. Córeczka rośnie i kopie coraz częściej. Przyszły tatuś uczy się wspinaczki, puka w balon zwany moim brzuchem po czym córeczka odpowiada gwałtownym BUM w  miejsce zaczepki ;-)

    To 27 tydzień ciąży. Jestem przeszczęśliwa, że już tyle za mną. I przerażona, ze ciągle nie mamy domu a przeprowadzka, choć konieczna, jakoś mi się nie uśmiecha. Fizycznie, oczywiście. Przenoszenie kartonów, pakowanie, wypakowywanie, kupno mebli itp... Gdybyśmy kupowali dom a nie wynajmowali to co innego :) ale tak.... Wyprawki dla małej też jeszcze nie mamy. Po przeprowadzce będzie szał zakupowy w miarę wypłatowej możliwości, oczywiście. Zła wiadomośc jest taka, że zasiłek, na który tak bardzo liczyłam jednak mi się nie należy... zabrakło mi 4 tygodni pracy... Czyli żyjemy nadal z jednej pensji, z długami na kartach kredytowych, oszczędzając jak sie da. Będę musiała iśc do pracy szybciej niż myślałam, może nawet w miesiąc po porodzie. Koszmar. Ale cóż, to tylko pieniadze a najważniejsze, zeby córcia była zdrowa ;-)

 

piątek, 03 kwietnia 2009
Z tęsknoty za wspinaczką

    Miły ma teraz 4 dni wolnego. Oczywiście cieszę się, ze mogę się przy nim obudzić, że razem robimy obiad itp, ale... nas oboje roznosi energia i nie mamy pojęcia co z nią zrobić. Wycieczki są fajne, ale mając terenówkę pochłaniajacą 12 litrów ropy na setkę to nie możemy sobie pozwolić na wypady w każdy weekend.Szukamy wiec jakiś pomysłów what to do w naszym miasteczku. Na lokalnej stronie internetowej w ramach wyżej wymienionego what to do znajdziemy: liste najlepszych pubów (bleeeeee), domy z duchami (za starzy już na to jesteśmy) i szlaki turystyczne po okolicy (najczęściej wzdłuż najruchliwszych dróg). Przyznacie, ze bogatą mamy ofertę na wypadek nudy. Siedzenie w domu z komputerem czy z książką jest ciekawą opcją, ale na zimę. Tymczasem piękna pogoda wygania z domów do... no właśnie, dokąd?

    Kiedyś się wspinałam, byłam na obozach wspinaczkowych, na szkółce itp. Tęsknię za tym bardzo. Troszkę tu z miłym na kamyczkach powyginaliśmy sie zanim brzuszek się pojawił. Słyszeliśmy, ze w miescie jest scianka wspinaczkowa, ale sądząc po reszcie "atrakcji" nie możemy się po niej spodziewać zbyt wiele. Dziś już znużenie ogarnęło nas tak bardzo, ze postanowiliśmy pojechać obejrzeć ścianke. 

  Ściana znajduje się w starych, na oko XVI wiecznym kościele. Oboje byliśmy przekonani, ze znajdziemy tam co najwyżej dwie drogi i to o niskiej skali trudności. Pierwszy raz Anglicy nas zachwycili. W całym kościele nie ma ani jednej ściany niewykorzystanej. Drogi są dosłownie wszędzie o wszystkich stopniach trudności a koszt korzystania jest po prostu śmieszny! Wypożyczenie uprzeży to zaledwie funcik, roczne uczestnictwo też, tylko jednorazowe wejscie 7 funtów. Miły postanowił wkurzyć mnie do granic wytrzymałości zapisując się na pełny kurs dla początkujacych (w końcu jest zielony). Ja też chcę!!!!!!  Jestem zazdrosna i wsciekła! Wreszcie jest mozliwosc a ja nie mogę ;-( I wiecie co? Jeśli uda mi się założyć uprząć pod brzuchem to też się powspinam! A co! a mała będzie miała sport we krwi ;-)

niedziela, 29 marca 2009
NHS - jak się olewa ciężarne obcokrajowe

    W czwartek była kontrolna wizyta u położnej, tydzień 23. Po raz kolejny zobaczyłam nową twarz, nigdy nie powtórzyła się dwa razy ta sama... Pani uprzejmie zapytała czy dobrze się czuję na co odpowiedziałam, że tak. Następnie osłuchała serduszko małej i zmierzyła mi ciśnienie. Powiedziała, ze jest ok. Dałam pani pojemnik z siuśkami, które mam przynosić za każdym razem a ona na to, że nie potrzebuje tego. Na to się zdziwiłam i zapytałam czemu? Odpowiedziało mi wzruszenie ramion. To co mam z tym zrobić? Prosze wylać do toalety. Acha. Następnie wyznaczyła kolejną wizytę za miesiac. Skan w tygodniu 32 będzie dopiero,a i to jak się okazało jest ekstra, ponieważ łożysko jest nisko osadzone (poprzedni był w 19 czy 20tc).

    W zwiazku z ogromnym zakresem badań, które tu sie wykonuje nie czytam żadnych opowieści o kłopotach ciążowych i porodowych. Koleżanki, które podsuwają linki do forów, blogów i innych takich zawierajacych opowieści rodem z horroru, słyszą ode mnie stos przykrych słów. Możecie powiedzieć, że nie dmucham na zimne, że wolę nie wiedzieć co się dzieje, jeśli się dzieje itp. Po prostu uważam, ze mój stres bardziej nam zaszkodzi niż latanie do Polski i dopychanie się na chama do wszelkich lekarzy, badań itp. 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9