Liczniki
niedziela, 15 lutego 2009
Bilard w Walentynki i nareszcie kawa z pomidorem ;-)

    Wczorajszy dzień był uroczy. Spaliśmy z miłym dłuuuuuuuuggggggooooo, potem jeszcze poprzytulaliśmy się zanim grzejnik nie ogrzał porządnie mieszkanka, potem śniadanko i..... konsternacja co dalej. Była godzina 13a i nie mieliśmy pomysłu na wypełnienie dnia. Zaczęliśmy dzwonić po znajomych z zapytaniem czy obchodzą Walentynki czy też nie, bo coś chcielibyśmy porobić, ale też nie mamy zamiaru nikomu przeszkadzać. Okazało sie, że pewna kochana młoda dama znów zostaje na cały tydzień sama, gdyż jej druga połowa poprzedniego wieczoru wyjechała do pracy z zamiarem powrotu za około 8 dni. Postanowiłam pojechać po młodą damę. Rozegraliśmy partyjkę Monopolu, którą przegrałąm z kretesem, jednak żaden biznes mi nie wychodzi ani karciany, ani planszowy, ani realny... Wieczorkiem było kilka partyjek bilarda przy Metallice :) Jednym słowem dzień i wieczór uważam za udany ;-)

 

    Z innych wiadomości: kulinarne szaleństwo wreszcie się zakończyło!!! Od dwóch tygodni nie rozmawiam z sedesem face to face!!! Hurraaaa!!! Wypiłam kubek kawy i zjadłam pomidora i żyję!!!!! Co prawda pieczenie miesa jeszcze mi śmierdzi a czarnej herbaty nie próbowałam, ale ta radość, że można jeść jest tak cudowna, że ahhhhh :) 

środa, 11 lutego 2009
Walę tynki i już!

Przeszłam się po osiedlowym "mini centrum handlowym" (tak to nazwijmy) i byłam też w dużym supermarkecie. Wszędzie roi się od serduszek, różowych wstążeczek i innych takich tam mających skłonić ludzi do obchodzenia Walentynek. Na stoisku z cd cały regał pełen "love songs" oraz "romantic music". Bukiety kwiatów można kupić opakowane w różowy papier, w doniczki mają powtykane serduszka, drewniane całujące się pary też możemy znaleźć między gałązkami. Na poczcie pełno kartek z napisami w stylu: be my lover, mate. Oczywiście do tego są wszelkie wizytóweczki i papiery do pakowania prezentów wiadomo w jakich kolorach. Aż mdli...

Z psychologicznego punktu widzenia te... hmmm, nie chcę napisać "święto", bo nim nie jest, powiem zatem - Ten Dzień - ma i swoją dobrą i złą stronę. W wypadku ludzi bardzo zamkniętych w sobie, introwertyków, nieśmiałych Ten Dzień może być świetną szansą na wyjście ze swojego zamknięcia. Jeśli bowiem taka osoba wyśle kartkę walentynkową bliskiej sobie osobie, która nie jest świadoma zainteresowania ze strony wysyłającego i zareaguje na to pozytywnie, to z pewnością wysyłającemu wzrośnie samoocena i pewność siebie. To ta dobra strona.

Ta zła strona to statystyka. W zasadzie nie ona sama a to, co przedstawia. Otóż badania pokazują, że najwięcej samobójstw zdarza się w okresie świat Bożego Narodzenia oraz... w Walentynki. Obydwa okresy są silnie nacechowane emocjonalnie, kładą nacisk na miłość jako najwyższą wartość. Dla osób samotnych zawsze są to dni bardzo przykre i trudne. O ile Boże Narodzenie ma niewątpliwie wymiar religijny, dzięki któremu samotność w tym czasie łatwiej jest znieść, o tyle Walentynki są go całkowicie pozbawione. Kolejna różnica polega na rozumieniu pojęcia samotności. Boże Narodzenie jest zdecydowanie świętem rodzinnym, jego świetowanie następuje we wspólnocie niezależnie od stopnia spokrewnienia swoich członków. Tymczasem Walentynki "świętuje się" z tą jedyną, najbliższą osobą, z partnerem. Mowa tu o innym wymiarze miłości - intymnym. To powoduje, że zarówno nastolatki, które tak bardzo szukają w okresie dojrzewania właśnie miłości intymnej, wyjątkowo silnej emocjonalnie, jak i ludzie pozostający w długim czasie bez związku tak bardzo przeżywają Ten Dzień. Kiedy wokół wszyscy wszędzie mówią "kocham", całują i przytulają, oni tym bardziej czują się samotni i odtrąceni. W Wigilię można pójść do rodziców, rodzeństwa, znajomych, ale nie w Walentynki.

Dlatego uważam Ten Dzień za Dzień Czarnego Humoru. Spójrzcie na kroniki policyjne 14ego lutego. Sami sobie, jako globalne społeczeństwo, przygotowaliśmy taką psychiczną torturę. Oczywiscie zawsze można powiedzieć, że przecież można nie uznawać i nie obchodzić tego "świeta". Racja, ale spójrzcie do gazet, porozmawiajcie ze znajomymi w różnym wieku a zobaczycie, ze nawet ci najbardziej przeciwni przyznają, że miło jest dostać karteczkę Tego Dnia. Komercja to osobna sprawa.

 

 

Zapomniałam napisać: tunika przyszła dnia następnego! Byłam w szoku. Jednak special delivery działa, w końcu to Royal Mail a nie Poczta Polska ;-) Ale do rzeczy. Tunika kupiona według rozmiarówki (patrzyłam na cale, cm itp) okazała się... za duża. Byłam przekonana, ze będę ją wysyłać do koleżanki w Polsce, ale nie. Jest idealna w biuście! To najwiekszy sukces, tak nawiasem. Troszkę za długa, ale mam masę miejsca na brzuszek, który rośnie i rośnie. Materiał jest gruby, na podszewce i bardzo ciepły. Wyglądam troszke jak beczka, w dodatku jestem mała, ale za to jak mi wygodnie:) Minus i to poważny : kusi mnie do następnych zakupów przez sieć. Będę się bić po łapkach :) Po ciąży komuś ją sprezentuję, jak sie chętny znajdzie. -----> to była reklama ;-)

czwartek, 05 lutego 2009
Zakup numer jeden

Upadłam na głowę. Ja - baba nie znosząca zakupów, omijająca różowe lale przeogromnym łukiem, nie znosząca mody, fashion itp. - właśnie pierwszy raz w życiu kupiłam ciuch w necie. W zasadzie to nie bardzo mam wyjście, bo po sklepach mi się biegać nie chce i nie lubię, szafa jest zaopatrzona w rozmiary przed-ciążowe a linka dostałam od znajomej. Popatrzcie co właśnie zamówiłam:

 

tunika

 

Przyznaję, że bardziej niż sama tunika skusiła mnie cena - 7,50 :) oraz fakt zabudowania w biuście, bowiem kupowanie wydekoltowanych ciuszków przez sieć przy moim rozmiarze mogłoby sie okazać tragiczne ;-) Umówiłam się przy tym z koleżanką, że w razie czego tunikę otrzyma ona. Jak znam życie i swoje zakupy to znów wzbogacę szafę nie swoją. I dobrze, niech innym też się buźka cieszy. To spróbuję jeszcze wstawić linka to sklepu (są ciuchy poniżej 10Ł):

[opcja wstaw/edytuj link nieaktywna]    www.boohoo.com   

środa, 04 lutego 2009
Film

[url]http://www.clipser.com/watch_video/256343&mvpageno=1[/url]

 

    Kochane nie mam pojecia jak się wstawia linki, filmiki itp. Podałam wyżej jak umiałam a czy wyszło - to się okaże. Jakby co, piszcie to wyślę Wam adres.

    Jest to film dokumentalny pt."W łonie matki" produkcji National Geographic. Ciekawy i poucząjący, choć na mnie największe wrażenie zrobiły zdjecia USG 3D.  Zapraszam do obejrzenia.  

Wesoło - finansowo

    Uśmiałam się wczoraj bardzo, ale to bardzo! Znajomy z Polski poinformował mnie, że dostałam list z PZU. Ciekawostką jest fakt, że przyszedł na jego adres, skoro im go nie podawałam, ale nie ważne. A teraz sedno sprawy....: na dzień dzisiejszy moje środki na emeryture wynoszą 381zł ;-))) Kochani jestem bogta! Jeśli ktoś jest w potrzebie to chętnie podzielę się zyskami ;-))

    A poważnie to zastanawiałam się nad obrabowaniem jakiegoś banku, ale nie ma to sensu, bo i one mają kłopoty i nie ma czego okradać. Parszywe czasy... 

wtorek, 03 lutego 2009
Babcine opowieści i porady

    Z moją babcią nigdy nie żyłyśmy w jakiejś szczególnej zgodzie i harmonii. Jesteśmy kompletnie przeciwnymi charakterami i kłóciłyśmy się od zawsze, odkąd nauczyłam się mówić. Historia nasza i przeżycia są warte opisania w książce, byłaby to doprawdy wstrząsająca opowieść o dwóch róznych pokoleniach, róznych osobach, różnych punktach widzenia itp... A w tle historia naszej pokręconej rodziny i naszego kraju ze zbyt mocno odczuwaną ekonomią w postaci skrajnej biedy ale i chwilowego bogactwa. Ale nie o tym chciałam.

    Od kilku miesięcy babcia stała się zupełnie inną osobą. Opowiedziała mi o tym, dlaczego nie rozmawia ze swoją siostrą od prawie 40 lat, jak wyglądało jej dzieciństwo i dlaczego dwa lata temu dowiedziałam się, że mój dziadek żyje (a byłam święcie przekonana, że od dawna już nie). Postanowiła podzielić się też ze mną wspomnieniami o ciąży przy okazji dając kilka rad. Oto one.

    Babcia ma dwoje dzieci - moją mamę i wujka. Starsza jest mama. Babcia skapnęła się, ze jest w stanie błogosławionym dopiero w 5tym miesiącu kiedy to nagle urósł jej brzuch. Okres miała tak samo jak ja - zdarzał się od czasu do czasu. Był to czas, kiedy rodzina głodowała i ciężko pracowała fizycznie, więc się nie dziwiła brakiem comiesiecznego krwawienia. Babcia do samego końca nosiła wiadra z wodą ze studni (ja siatki nie umiem do domu donieść), szorowała podłogę piaskiem, pracowała w polu itd. Opowiadała jak to wody jej odeszły, ale nie mogła jeszcze rodzić, bo praca była nie skończona, więc najpierw dokończyła co miała zrobić i dopiero wtedy poszła piechotą do jakiejś przychodni a stamtąd zabrano ją do szpitala. Słuchając tej opowieści nie mogłam uwierzyć, ze ta staruszka siedząca przede mną to tak niezwykle silna kobieta! Przecież ja mam problem z wyczyszczeniem kafelek w łazience - ani się naciągąć, zeby dosięgnąć tych na górze, ani schylić, bo okropnie gniecie i niewygodnie a po dłuższej chwili boli!!!  Chyba sierota ze mnie straszna... Druga myśl, jaka mi przyszła do głowy: babcina opowieść o głodowaniu i ciężkiej pracy na wsi zdarzyła się w roku... 1961 ! A można pomyśleć, że tuż po wojnie...

    Druga ciąża babci, której owocem jest mój wujek, przypadła na rok 1965 i od razu babci dała się we znaki. Tym razem od samego początku źle się czuła, wymiotowała kilka razy dziennie do samego końca, nie mogła pracować w gospodarstwie, nie mogła jeść wielu rzeczy... Zaczęła tracić zęby i włosy, schudła i była przekonana, że to się musi źle skończyć. Poród był cieżki i trudny - wujek okazał się gigantem o wzroście 60cm ponad i wadze lekko ponad 5 kg. Dziś mierzy on 195cm, bobasek ;-) Zresztą mój brat też sprawił mamie wielki kłopot przy narodzinach, również okazał się gigantem (190cm ma obecnie), szerokimi ramionami porozrywał mamę przez co do dziś ma problemy, ale to drastyczna opowieść zatem nie będę jej przytaczać.

    Podziwiam babcię. Wiedziałam, ze wiele przeszła, ale że aż tyle... Nadal jestem w szoku. Dlaczego nigdy nie chciała ze mną o tym rozmawiać? I o pradziadku, pilocie RAF-u ?

    Poprosiłam babcię o jakieś rady co mam kupić, co mi będzie potrzebne przy niemowlaku itp? Nie mam o tym zielonego pojęcia! Znam się na psach, ale nie na dzieciach! Kupiłam jakąś gazetę, w której była propozycja wyprawki dla maluszka i nie rozumiałam za bardzo niektórych pojęć ani wskazówek. Na przykład: powinno się mieć 5 szt pajacyków. Pytanie: co to jest pajacyk? Domyślam się, ze to kombinezon, ale kombinezon widniał już na liście, zatem cóż to takiego? Babcia wiedziała, ale jej opis jakiś zbyt mądry się okazał dla mojego umysłu ;-) Na liście gazetowej były też do kupienia: 8szt koszulek z krótkim rękawkiem i 8 szt z długim - pytam: po cholerę aż tyle? Wymieniono też buciki 2 pary i kapcie 1 para. Urodzę w lipcu, wiec sobie chyba daruję. Poza tym były jakieś inne dziwne rzeczy, więc babcine wyjaśnienia okazały się pomocne.

    Zaskoczyła mnie natomiast poradami żywnościowymi:

  • jedz jajka, żeby dziecko rosło i żebyś zębów nie straciła, najlepiej surowe (a salmonella ???!!!!!!!)
  • na pewno urodzisz dziewczynkę, za dobrze wyglądasz jak na chłopaka, nie masz plam na twarzy to na pewno masz dziewczynkę (fajna diagnoza, nie?)
  • nie pij za dużo wody (mam z tym problem, bo piję ZA MAłO nie umiem dociągnąć do dwóch litrów, kończy się na litrze), jak będziesz piła za dużo to będziesz mieć twardy brzuch i za dużo wód płodowych a to się kończy problemami z porodem (ciekawe rozumowanie... no i goniła mnie, ze za dużo piję... raptem dwie herbaty zielone dziennie)

 

    Były jeszcze inne "rady" ale nie zaszokowały mnie aż tak, więc nie zapamiętałam. Nie rozumiem jakim cudem z takimi przekonaniami i w skrajnej biedzie ta kobieta urodziła dwoje zdrowych dzieci. Dzisiaj kobiety łykają witaminy, piją soki owocowe, leżą, starają sie nie przemeczać, biorą hormony i inne leki i jeszcze mają problemy...
 

poniedziałek, 02 lutego 2009
Wróciłam ;-)

    Kochani już jestem, wróciłam do domku, nareszcie... Podróż jak zwykle nie obyła się bez przygód, ciekawych ludzi, niespodzianek itp. Ale najważniejsze ---> z dzieckiem wszystko ok!!!!! Mało tego - jest tak duże, że "wzrostem" wyprzedza swój czas o ponad dwa tygodnie. Ale tego można się spodziewać patrząc na tatusia.

    Miałam lądować we Wrocławiu a wylądowałam w Poznaniu. Z powodu mgły zamknięto lotnisko i przekierowywano samoloty do Katowic, Krakowa i Poznania właśnie. Miałam babci zrobić niespodziankę, nie mówiłam jej, ze przyjeżdżam, chciałam być u niej o 16ej - 17ej a dotarłam przed 23ą. W Poznaniu podstawiono autobusy. Pani w informacji uprzejmie stwierdziła, że przed naszym samolotem jest jeszcze 8 innych i nie wiadomo ile będziemy musieli czekać na autokary. Na szczęście sporo było Anglików, zrobili awanturę i jakimś cudem znalazły się dla nas 3 autobusy już po 40 minutach. Zamiast jechać normalną dwupasmówką wlekliśmy sie po wioskach prawie 4 godziny, wytrzęsło mnie potwornie, brzuch rozbolał... koszmar. Mało tego - większosc osób z pasażerów byłą spoza Wrocławia i chcieli sie dostać na dworzec PKP a mimo to kierowca nas zawiózł na wrocławskie lotnisko... Stamtąd godzinka na dworzec potem godzinka na pociąg i godzinka do Opola. Potem godzinka czekania na PKS, dwie godzinki w PKSie  i łóżeczko u babci ;-)  Już wiecej do Polski nie jade, o nie....

    Wizyta u lekarza byłą bardzo miła, sympatyczna i ekspresowa. Skąd było krwawienie nadal nie wiadomo. Okazało się, że mam ostry stan zapalny i jakąś zmianę niewiadomego pochodzenia , której i tak w ciąży nie wolno ruszać. USG wykazało stan doskonały Maleństwa - Olbrzyma ;-)  W 14tym tygodniu wielkość 16-tygodniowego bobaska ;-) Dostałam globulki i za tydz miałam się stawić do kontroli. Z ciekawostek - okazało się, że już byłam kiedyś w ciąży. Po głębszym zastanowieniu faktycznie przypomniałam sobie pewną sytuację sprzed dwóch lat, kiedy to biorąc tabletki antykoncepcyjne nagle dostałam silnego krwawienia w środku cyklu i gorączki oraz bólu brzucha. Przeszło mi wtedy przez głowę, że moze to poronienie, bo to troszkę tak wyglądało, ale do lekarza nie poszłam, praca była ważniejsza... Co prawda później lekarze pytali, czy już rodziłam, odpowiadałam nie a oni wyrażali zdziwienie. Ale nigdy nie zastanawiałąm się nad tym, aż do teraz.

    Stan zapalny prawie wyleczony, wróciłam więc do domu. Cała i szczęśliwa. Z ogromnym poczuciem ulgi i dwa razy większym brzuchem :-) Ależ on rośnie! A jak swędzi!!! Martwią mnie jednak piersi, choć to lęk kosmetyczny, że tak powiem. Z rozmiaru E/F zrobiło się porządne H, biust swędzi przeokropnie, pojawiły sie rozstępy, na szczęście na razie od spodu, więc nie rzuca się w oczy. Wymyśliłam, ze postaram się o rodzeństwo dla Malucha a potem uzbieram pieniadze i zoperuje sobie biust. Poważnie. Kobiety robią wiele głupot, płacą ogromne pieniądze byle mieć wielki biust. A ja marzę o takim C, żeby móc ubrać się w stanik kolorowy, z delikatnej koronki, zeby móc kupić sukienkę czy marynarkę tak po prostu - bo mi się podoba. Poza tym szyja i kręgosłup wreszcie by odpoczęły. 

    Tyle z dobrych wiadomości. A ze złych: mamie sypie się małżeństwo (o półrocznym stażu) i znów ma nowotwór, nawet dwa. Wesoło. Mama szuka pracy, ale jakoś jej nie wychodzi. Pocieszam ją, pomagam jak mogę ale to za mało. Kobieta ma potwornego doła i wcale jej się nie dziwię ale nie mam pojęcia jak jej pomóc. Nie przytulę jej, bo dzieli nas sporo kilometrów. Takie czasy - każda baba jest gdzie indziej, ja w UK, mama w Niemczech a babcia w Polsce. Byłą samotność w sieci, czas na samotność w Europie, naszym wspólnym domu...

niedziela, 18 stycznia 2009
Ciąg dalszy...

    Dzwoniłam do mojego lekarza w Polsce - od poniedziałku (jutra) idzie na dwutygodniowy urlop. Co za pech. 29ego mam drugie spotkanie z położną i pomyślałam, że po wizycie u niej pojadę do kraju. Tymczasem krwawienie pojawiło się jeszcze dwa razy, chociaż na szczęście mniejsze niż ostatnio. 10 minut temu kupiłam bilet one way to Poland. Kij z tym - pójdę do pierwszego lepszego lekarza byle mnie zbadał i wysłał na badania bo tutaj na nic poza miłą obsługą liczyć nie można. Mój mężczyzna jest przerażony, jakakolwiek kwaśna mina na mojej twarzy stawia go w stan najwyższej gotowości. Cieszę sie, ze mam to szczęście być z meżczyzną, dla którego ja i Maleństwo jesteśmy naprawdę ważni, ale nie chcę mu już przyprawiać tyle stresów... i tak ostatnio zaczął siwieć. Kiedy budzę się w nocy - on też, mój powrót z nocnej wizyty w toalecie to jak oczekiwanie na wiadomośc życia, za każdym razem pyta czy wszystko w porządku. Idąc na zakupy dostaję swoje ulubione warzywa, ogromne ilosci owoców, wszystko co chcę. Czuję się jak rozkapryszone dziecko. Mam wyrzuty sumienia...

    Dziękuję po raz kolejny za wsparcie i dobre słowa. To naprawdę podnosi mnie na duchu. Swoją drogą nie wiedziałam, że mam więcej niż dwie Czytelniczki ;-) W Polsce nie będę mieć dostępu do sieci a na jak długo tam zostanę nie wiem w związku z czym przez tydzień czy dwa mogę nie napisać tu ani słówka. Opowiem wszystko jak wrócę. Nadal jednak proszę o trzymanie kciuków, modlitwy i wszystko inne co nie zaszkodzi a moze pomóc. Dziękuję Wam bardzo.

czwartek, 15 stycznia 2009
Kolejny skan i angielska ginekologia

    Byłam dziś na early prenancy assessment, czyli takim pogotowiu dla cieżarnych. Pierwszy raz byłam na ginekologii. Oczywiście bardzo miłe panie, kolejki niewielkie, praktycznie nie musiałam na nic czekać. Co jak co ale co do kultury i szybkości obsługi to nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. Wizyta przebiegała następująco: pani pogrzebała w papierkach, przeprowadziła wywiad po czym miałam dodatkowe usg. Dzięki Bogu okazało sie, ze z dzieckiem wszystko w porządku. Zdaje sie zresztą, ze te krwawienie to Maluch spowodował bo on tam strasznie szaleje, pewnie musi mu sie tam nudzić okropnie ;-)  Po skanie była kolejna rozmowa z inną panią, która napisała list do mojego GP i kazała się kontaktować w razie kłopotów z położną a nie z doktorkiem. Ciekawe jak mam to zrobić skoro ona jest wiecznie niedostępna... Byłam przekonana, ze wyląduję na badaniach krwi w celu zbadania poziomu progesteronu (przypominam, że lekarz w PL powiedział, ze będę musiała go brać, żeby utrzymac ciążę, gdyż sama go produkuję w niewielkich ilościach) i na fotelu ginekologicznym (wyczytałam, ze w czasie ciąży często się tworzą polipy w pochwie i to też moze być przyczyną krwawienia). I co? I nic. Na rozmowie się skonczyło. I znów nikt nie zapytał czy nie współżyłam. Bardzo przepraszam, moze moja logika jest nielogiczna, ale śmiem twierdzić, że ja sama właśnie o to zapytałabym na początku. Cóż, lekarzem nie jestem a poza tym moze faktycznie za dużo się naczytałam o przebiegu ciąży w necie... Sama juz nie wiem... panikuję? przesadzam? niepotrzebnie przyprawiam swojego meżczyznę o palpitacje serca? Tak czy siak nadal nie jestem spokojna i szukam promocyjnych cen na bilet do kraju.

Dziękuję Wam za dobre słowa!

środa, 14 stycznia 2009
Angielska służba zdrowia

    Poprzedniej nocy krwawiłam. Nie bardzo, ale też nie lekko. Przerażona nie spałam całą noc. Mój meżczyzna też nie. Z samego rana pobiegłam do przychodni błagając o wizytę u specjalisty. Trochę przesadziłam z objawami, mówiac jak to boli, jak kłuje, że skurcze itp a pani w przychodni i tak stwierdziła, ze w zasadzie to nic się nie dzieje i mam odpocząć. Nie ustępowałam, więc powiedziała, że zadzwoni do mnie lekarz. Zadzwonił. Opowiedziałam wszystko jeszcze raz również dodając do opowieści troszkę kolorów. Ten na szczęście stwierdził, że to wymaga konsultacji i jakichś badań w celu sprawdzenia przyczyny. Zostałam umówiona na wizytę jeszcze tego samego dnia na wieczór. Byłam święcie przekonana, że zobaczę się z tym lekarzem, który dzwonił i że zbada mnie ginekologicznie (od początku ciąży nie miałąm ani jednego takiego badania). 

    Przyjął mnie bardzo miły młody pan doktor, zwykły GP. Nie zbadał mnie w żaden sposób. Przeprowadził jedynie zwykłą rozmowę. Oczywiście opowiedziałąm mu jak to trudno było mi zajść  w ciążę, o problemach hormonalnych, o niskim endometrium i o tym, ze mój polski lekarz stwierdził, ze będę musiałą brać leki na podtrzymanie ciąży. GP na to spokojnym tonem odpowiedział, że nie ma żadnych leków na podtrzymanie ciaży i jeśli zacznie się poronienie to nic nie da się zrobić a progesteronu mi nie przepisze, bo to nic nie daje. Co zdziwiło mnie najbardziej to fakt, ze pan doktor nie zapytał czy ostatnio nie współżyłam, przecież to może być przyczyną krwawienia (od razu powiem, że nie) - widać to było zbędne pytanie...Zapytałam o leki rozkurczowe, ponieważ ciągle mam jakieś skurcze a przecież w tym stanie to niewskazane. Pan doktor rzekł, że takowych nie ma a w razie bóli mam łyknąć paracetamol. Zalecił zrobić dodatkowe usg w celu sprawdzenia czy płód nie obumiera. Dostałąm telefon, pod który mam sobie zadzwonić i się umówić na wizytę.

    Zadzwoniłam i usłyszałam, ze nie mogą mnie umówić, ponieważ nie znają grupy mojej krwi. Dzwoniłąm do przychodni po wyniki ostatnich badań - w celu uzyskania grupy krwi, ale usłyszałam, ze wyników jeszcze nie ma a moja połozna jest niedostępna. Zostawią jej wiadomośc i ktoś do mnie kiedys zadzwoni. Łącznie spedziłam na telefonie półtorej godziny. Wyprosiłam w końcu wizytę bez znajomości grupy.  Jestem umówiona na jutro.

    Jestem przerażona ignorancją i niewiedzą tutejszej służby zdrowia. Nie rozumiem jak można tak lekceważyć zdrowie i życie matki i dziecka. Móimy o jednej z największych potęg gospodarczych świata. Wielka Brytania. Paranoja jakaś... Brak mi słów. Jeśli jutro po raz kolejny zostanę zignorowana i nikt mnie nie zbada to pożyczę skadś pieniądze i polecę do Polski porządnie się przebadać. Jeśli stracę tę ciążę to szansa na zajście w kolejna będzie znikoma. Jestem jednak dobrej myśli, choć umieram ze strachu...